„Dziewczyna w różowych skarpetach” – Justyna Bordzio

„Każda podróż ma swój cel.”
„Dziewczyna w różowych skarpetach” to pozycja, która kompletnie mnie zaskoczyła i sprawiła, że po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się autentycznie skonfundowana. Przeczytanie tego opowiadania zajęło mi zaledwie pół godziny, bo przez tekst się wręcz płynie, ale to, co wydarzyło się w mojej głowie po lekturze, jest trudne do jednoznacznego opisania. Pojawiło się tam coś dziwnego, pewien rodzaj poznawczego dysonansu, którego nie doświadczyłam już od wielu lat przy żadnej innej książce.
Musiałam się z tym wszystkim najzwyczajniej w świecie przespać, zanim w ogóle pomyślałam o przelaniu swoich wrażeń na ekran. Justyna Bordzio stworzyła coś, co wymyka się prostym klasyfikacjom i sprawia, że czytelnik zostaje z ręką w nocniku, zastanawiając się, co właściwie się przed chwilą wydarzyło. Sięgnęłam po ten tytuł całkowicie w ciemno, nie sprawdzając wcześniej opinii, recenzji ani nawet krótkiego zarysu fabuły, co tylko spotęgowało końcowy efekt obcowania z tą historią.
Nawet w tej chwili, kiedy piszę te słowa, towarzyszą mi bardzo mieszane odczucia co do tego, co właściwie chcę Wam przekazać. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że ta książka mi się nie podobała, bo było wręcz przeciwnie, bawiłam się przy niej świetnie. Chodzi raczej o ten specyficzny rodzaj literackiego szoku, gdy spodziewasz się czegoś konkretnego, a dostajesz coś, co wywraca Twoje oczekiwania do góry nogami w najmniej spodziewanym momencie.
Początkowo odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z klasycznym opowiadaniem z gatunku science fiction, gdzie zasady świata są jasno określone przez technologię lub futurystyczną wizję. Jednak wraz z rozwojem akcji i wejściem w drugą część utworu okazało się, że autorka gra z nami w zupełnie inną grę. Ta wolta była na tyle silna, że przestałam być pewna gatunku, w którym się poruszam, co rzadko zdarza mi się przy tak krótkich formach literackich.
Nie chcę Wam tutaj zdradzać zbyt wiele z fabuły, bo największą wartością „Dziewczyny w różowych skarpetach” jest właśnie ten element zaskoczenia, którego doświadcza się osobiście. To jedna z tych historii, o których najlepiej wiedzieć jak najmniej przed rozpoczęciem lektury, by pozwolić autorce prowadzić się za rękę przez te dziwne, europejskie zaułki. Justyna Bordzio ma niezwykły dar budowania atmosfery, która niby jest swojska, a jednak podszyta czymś niepokojącym i nieuchwytnym.
Wielkie zaskoczenie to chyba najlepsze określenie na to, co czuje się po zamknięciu tej krótkiej książeczki. To dowód na to, że nie potrzeba setek stron, by namieszać czytelnikowi w głowie i zostawić go z pytaniami, na które nie ma gotowych odpowiedzi. Krótka forma wymaga ogromnej precyzji i tutaj ta precyzja została zachowana, choć efekt końcowy jest tak mocno odklejony od standardowych schematów, że aż fascynujący w swojej inności.
Polecam tę pozycję każdemu, kto czuje się już nieco znużony powtarzalnością współczesnej literatury i szuka czegoś, co go autentycznie wyrwie z butów. Jeśli lubicie krótkie formy, które można pochłonąć w przerwie na kawę, a potem analizować przez pół nocy, to trafiliście idealnie. To opowiadanie pokazuje, że w literaturze wciąż jest miejsce na eksperyment i na to, by totalnie zbić odbiorcę z tropu, zostawiając go w stanie przyjemnego oszołomienia.
Mimo tych wszystkich mieszanych uczuć i początkowej niepewności, czuję się bardzo zachęcona do dalszej eksploracji twórczości tej autorki. Już teraz zabieram się za kolejną książkę Justyny Bordzio, mając nadzieję na kolejne emocjonalne i intelektualne wyzwania. Zobaczymy, czy następne spotkanie z jej piórem będzie równie nieprzewidywalne, co ta krótka wycieczka do jednej z europejskich stolic w towarzystwie dziewczyny w charakterystycznych skarpetkach.
