„W krainie słodkiego jutra” – Zuza Kordel

„Bo odwaga jest wciąż wierzyć w dobro, mimo że wielokrotnie zostaliśmy zranieni.”
Wybierając się w literacką podróż z najnowszą powieścią Zuzy Kordel, nie spodziewałam się, że „W krainie słodkiego jutra” aż tak mocno uderzy w struny mojej własnej wrażliwości. Autorka zaserwowała nam historię, która tylko z pozoru wydaje się lekka niczym biszkopt, a w rzeczywistości niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i skłania do bardzo osobistych przemyśleń. Poznajemy Hanię – kobietę, która dla każdego jest opoką, wybitną cukierniczką karmiącą nie tylko żołądki, ale i dusze swoich bliskich, a która w tym wszystkim zupełnie zapomniała o sobie.
To niesamowite, jak autorka potrafi pisać o trudnych tematach w sposób tak angażujący, że przez książkę dosłownie się płynie, choć nie jest to lektura na jeden bezrefleksyjny wieczór. Podczas czytania wielokrotnie robiłam przerwy, by zanotować cytaty, które wyjątkowo mocno ze mną zarezonowały. Zuza Kordel bez znieczulenia dotyka problematyki toksycznych relacji i manipulacji, pokazując, jak łatwo jest zatracić własną tożsamość w imię bycia „perfekcyjną” dla innych. Hania staje się nam bliska, bo każda z nas ma w sobie odrobinę tej potrzeby zadowalania całego świata kosztem własnego szczęścia.
Wątek pracy, której się nie lubi, oraz narastającego przygnębienia został tu oddany z wielkim wyczuciem. Często wydaje nam się, że pasja – w przypadku głównej bohaterki cukiernictwo – to wystarczający pancerz chroniący przed smutkiem, ale rzeczywistość bywa znacznie bardziej złożona. Autorka pokazuje, że nawet najsłodsze życie może nagle stracić smak, gdy fundamenty, na których je budujemy, okazują się kruche. To bolesna lekcja o tym, że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości, ale najwyższym aktem odwagi.
Wracając myślami do poprzednich części i losów przyjaciółek Hani, z ogromnym wzruszeniem obserwowałam, jak ewoluowały ich więzi. Jest w tej książce coś takiego, co sprawia, że szczerze zazdrościłam bohaterkom ich ekipy. To ten rodzaj bliskości, o którym marzy każda z nas – bezwarunkowe wsparcie, gotowość do pomocy o każdej porze i zrozumienie bez zbędnych słów. Czytając „W krainie słodkiego jutra”, nie potrafiłam uciec od pytań o własne relacje i o to, czy w moim otoczeniu są ludzie, z którymi łączy mnie tak nierozerwalna nić.
Powieść ta jest niczym misternie przygotowany tort, o którym wspomina autorka – każda warstwa skrywa inną tajemnicę i inne doznanie. Mamy tu gorycz zawodu, słodycz nadziei i kwaśny posmak rzeczywistości, która nie zawsze chce układać się po naszej myśli. Zuza Kordel udowadnia, że marzenia wymagają czasu, cierpliwości i przede wszystkim ciężkiej pracy nad samym sobą. Nic nie dzieje się samo, a droga do „słodkiego jutra” bywa wyboista i pełna zakrętów, które musimy pokonać z podniesioną głową.
Zatrzymywałam się nad wieloma fragmentami, by odnieść je do własnych doświadczeń, co sprawiło, że lektura stała się dla mnie pewnego rodzaju autoterapią. Autorka ma niezwykły dar opisywania codzienności w sposób magiczny, a jednocześnie bardzo prawdziwy. Nie lukruje rzeczywistości, pokazuje potknięcia i chwile zwątpienia, dzięki czemu historia Hani staje się tak wiarygodna i namacalna. To książka o odnajdywaniu siebie na nowo, gdy wszystko inne zdaje się rozpadać w drobny pył.
Bardzo doceniam sposób, w jaki zostały tu zarysowane relacje rodzinne – są skomplikowane, pełne niedomówień i trudnych emocji, dokładnie tak jak w prawdziwym życiu. Potrzeba bliskości, która przebija z każdej strony, jest wręcz fizycznie odczuwalna. „W krainie słodkiego jutra” to opowieść o tym, że zasługujemy na to, by być dla siebie priorytetem, i że zrealizowane marzenia smakują najlepiej wtedy, gdy w końcu mamy odwagę po nie sięgnąć bez poczucia winy.
Kończąc tę przygodę, czuję pewnego rodzaju niedosyt, który zawsze towarzyszy spotkaniom z dobrą literaturą – chciałoby się zostać z tymi bohaterkami jeszcze trochę dłużej. Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w książkach czegoś więcej niż tylko rozrywki. To piękna, mądra i potrzebna historia, która zostaje w sercu na długo po zamknięciu ostatniej strony. Już teraz z niecierpliwością czekam na kolejną książkę Zuzy Kordel, bo jej styl pisania stał się dla mnie synonimem literackiego ukojenia.
