„Nieudane doręczenie” – Żaneta Górecka

„Czasem najważniejsze decyzje podejmuje się nie wtedy, gdy wszystko się zgadza, ale wtedy, gdy nic już nie trzyma się kupy. Bo to znaczy, że jesteś gotowa na nowy początek.”
„Nieudane doręczenie” to książka, która wciąga od pierwszych stron i trzyma w napięciu aż do samego finału, a muszę przyznać, że po tylu latach z kryminałami rzadko co potrafi mnie tak autentycznie zaskoczyć. Żaneta Górecka stworzyła historię, w której pozornie spokojna dzielnica staje się sceną makabrycznego widowiska, a brutalne morderstwo w domu Henryka Zielińskiego to zaledwie wierzchołek góry lodowej, pod którą kryją się lata przemilczanych krzywd i mrocznych sekretów.
Kiedy Łucja Adamczewska i Mateusz Jasiński trafiają na zmasakrowane ciało, wydaje się, że mamy do czynienia z klasycznym motywem rodzinnych porachunków, zwłaszcza że brat właściciela posesji znika bez śladu. Jednak autorka bardzo sprawnie bawi się naszymi oczekiwaniami, serwując znalezisko w bagażniku samochodu, które całkowicie zmienia optykę śledztwa i sprawia, że włos jeży się na głowie.
Bardzo polubiłam duet komisarzy, Maję Lewandowską i Antoniego Szymańskiego, ponieważ ich relacja i sposób pracy wydają się niezwykle autentyczne, pozbawione zbędnego przerysowania. Wraz z dociekliwą patolog Katarzyną Osiczko tworzą zespół, który musi zmierzyć się nie tylko z przebiegłym mordercą, ale i z chaosem informacyjnym, gdy okazuje się, że ofiara może być kimś zupełnie innym, niż początkowo zakładano.
Wątek Aleksandra Zielińskiego, hazardzisty ścigającego się z własnymi demonami i długami, dodaje całości niesamowitego ciężaru gatunkowego, bo pokazuje, jak nałóg potrafi zniszczyć więzi rodzinne. Autorka genialnie kreśli portret psychologiczny człowieka, który wraca po spadek, ale zamiast pieniędzy odnajduje jedynie krew i pytań, na które nikt nie chce odpowiedzieć, co tylko zagęszcza i tak już duszną atmosferę małej miejscowości.
To, co wyróżnia tę powieść na tle innych kryminałów, to fakt, że morderca zdaje się być zawsze o krok przed organami ścigania, co buduje paranoiczną aurę niepewności. Znikające z kostnicy ciała, milknący świadkowie i przecieki do mediów sugerują, że zło nie czai się gdzieś daleko w lesie, ale być może siedzi przy tym samym biurku, co nasi bohaterowie, co sprawia, że czytelnik zaczyna podejrzewać absolutnie każdego.
Mimo że to rasowy, mocny kryminał, znalazłam w nim wiele mądrych myśli dotyczących ludzkiej natury i tego, jak przeszłość potrafi nas ukształtować, często w sposób tragiczny. Górecka przypomina nam, że duchy minionych lat zawsze w końcu upomną się o sprawiedliwość, a cena za dawne błędy bywa wystawiana w najmniej oczekiwanym momencie, niszcząc życie niewinnym osobom.
Dynamika akcji jest tutaj wręcz wzorcowa, bo każda kolejna strona przynosi nowy trop, a autorka umiejętnie dawkuje nam emocje, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. To jedna z tych pozycji, które nazywam „nieodkładalnymi”, bo ciekawość, co tak naprawdę wydarzyło się w domu Zielińskiego, jest silniejsza niż potrzeba snu czy codzienne obowiązki.
Największe brawa należą się jednak za zakończenie, które dosłownie wbija w fotel i zostawia człowieka z szeroko otwartymi ustami, zmuszając do przewartościowania wszystkiego, co przeczytało się wcześniej. To mistrzowskie domknięcie klamry kompozycyjnej sprawia, że o tej historii myśli się jeszcze długo po zamknięciu książki, co jest najlepszą rekomendacją dla każdego fana gatunku.
