„Marcepanowa miłość” – Agnieszka Lis

„Właściwie to nieistotne. Ważne, żeby magia świat zadziałała. W zwykłym świecie pośród zwykłych ludzi, najlepiej przez cały rok.”
„Marcepanowa miłość” Agnieszki Lis to dla mnie tytuł wyjątkowy – kilka lat temu czytałam tę powieść z ogromną przyjemnością, a teraz, kiedy na ekrany kin wchodzi jej filmowa adaptacja pod tytułem „Piernikowe serce”, postanowiłam wrócić do tej historii raz jeszcze. Tym razem sięgnęłam jednak po wersję filmową, traktując ją jako odświeżenie pamięci przed planowanym seansem. I muszę przyznać, że był to powrót bardzo udany.
Miło było znów zanurzyć się w świat bohaterów, których już znałam i lubiłam. Choć wiele szczegółów przez lata naturalnie uleciało mi z głowy, emocje związane z czytaniem tej powieści wróciły zaskakująco szybko. Wersja filmowa zgrabnie przypomniała mi zarówno klimat opowieści, jak i charakterystyczny humor autorki.
Radość sprawiło mi ponowne spotkanie z Norbertem, Justyną, Zuzanną i całą resztą. Wydawało mi się, jakby czas wcale nie minął – tak łatwo znów weszłam w ich codzienność, problemy i drobne radości. To trochę jak powrót do znajomych twarzy, których dawno się nie widziało, a jednak od razu czuje się między nimi dawną bliskość.
Muszę przyznać, że ponownie ujęła mnie czułość, z jaką Lis prowadzi tę historię. I choć znam ją już od lat, dalej potrafi mnie poruszyć, rozbawić, a momentami także zmusić do refleksji. W wersji filmowej te emocje również wybrzmiewają – może inaczej, może bardziej „po filmowemu”, ale wciąż z tym samym ciepłem.
Miło było znowu się pośmiać – szczególnie tam, gdzie bohaterowie plątali się we własnych emocjach i nieporozumieniach. To ta lekkość, z której autorka słynie i którą twórcy filmu całkiem dobrze oddali. Wśród tegorocznych świątecznych premier literackich poczułam, że to powrót do domu.
„Piernikowe serce” robi apetyczny wstęp do kinowego seansu. Historia pachnie świętami, emocjami i drobnymi codziennymi konfliktami, które tak bardzo przypominają nasze własne. I choć to tylko adaptacja, mam wrażenie, że oddaje atmosferę powieści w sposób godny pierwowzoru.
Zachęcam Was, by nie tylko sięgnąć po książkę, ale także wybrać się do kina. Konfrontacja tego, co już znamy z kart powieści, z tym, co zobaczymy na ekranie, zapowiada się naprawdę interesująco. A ja sama jestem ogromnie ciekawa, jak film poradzi sobie z oddaniem dynamiki bohaterów i ich relacji.
Obsada zapowiada się bardzo ciekawie, dlatego mam nadzieję, że twórcy filmu sprostają wyobrażeniom czytelników. Ja na pewno idę do kina – i Was również serdecznie zachęcam. Świąteczny klimat, znani bohaterowie i odrobina magii? Brzmi jak idealny grudniowy plan.
