polecajki powieść obyczajowa

„Więzi” – Karolina Wilczyńska

ksiazkowyzaulek 

„Czasem tyle wystarcza. Dać komuś miejsce i ciepło. Że słowa przyjdą później albo wcale. A i tak się wydarzy, to co ma się wydarzyć. Ktoś usiądzie tuż obok i nie będzie już sam.”

Po lekturze pierwszego tomu doskonale wiedziałam, że Karolina Wilczyńska nie bierze jeńców, a jednak „Więzi” i tak zdołały mnie porządnie przeorać emocjonalnie. To nie jest jedna z tych przesłodzonych opowieści, przy których można bezmyślnie odpocząć; to raczej literackie lustro, w którym odbijają się nasze najskrytsze lęki i błędy przekazywane z pokolenia na pokolenie. Autorka z ogromną odwagą kontynuuje wątki z „Zapisanych w kartach”, udowadniając, że prawdziwe życie rzadko przypomina obrazek z kolorowego magazynu, zwłaszcza gdy w grę wchodzą rodzinne traumy.

W domu Wardeckich atmosfera gęstnieje z każdą stroną, a ja czytając to, miałam ochotę po prostu otworzyć tam okna i przewietrzyć ten zaduch niewypowiedzianych pretensji. To niesamowite, jak trafnie autorka punktuje ten nasz narodowy sport, czyli dbanie o nieskazitelną opinię sąsiadów kosztem własnego szczęścia i zdrowia psychicznego. Przypomina mi to duszną atmosferę z „Moralności Pani Dulskiej” – ten sam mechanizm zamiatania problemów pod dywan, byle tylko nikt z zewnątrz nie dostrzegł, że w środku wszystko się sypie.

Zosia w tej części stała się dla mnie postacią niezwykle bliską, bo jej zagubienie pośród zgliszcz dawnego życia jest opisane w sposób niezwykle autentyczny. Patrzenie na jej relację z matką, która zamiast podać rękę, wciąż tylko ocenia i punktuje potknięcia, sprawiało mi wręcz fizyczny ból. To przerażająca wizja macierzyństwa odartego z empatii, gdzie dziecko jest jedynie narzędziem do realizacji własnych, niespełnionych ambicji, a każdy jego błąd traktowany jest jako osobista zniewaga dla rodzicielskiego ego.

Postać Rafała z kolei idealnie obrazuje los człowieka, który próbuje być mediatorem w wojnie, której nie da się wygrać bez strat własnych. Jego ucieczki w pracę i samotność to klasyczny mechanizm obronny, który tutaj doprowadza go na skraj wytrzymałości, co autorka pokazała niezwykle sugestywnie. Obserwowałam, jak ten bohater powoli gaśnie, próbując zadowolić matkę i ochronić córkę, i po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie da się budować cudzego szczęścia na gruzach własnego zdrowia.

Prawdziwym ukojeniem, na które czekałam przy każdym rozdziale, były wizyty w domu Emilii, który pozostaje najbardziej jasnym punktem tej serii. Ta kobieta ma w sobie jakąś magiczną siłę przyciągania poranionych dusz i oferuje im to, czego nie dostały od najbliższych – akceptację bez stawiania warunków. Sceny rozmów przy herbacie, gdzie Zosia powoli zaczyna odzyskiwać głos, są napisane z taką wrażliwością, że niemal czułam spokój rozlewający się po sercu bohaterki i moim własnym.

Wprowadzenie nowej osoby do tego kręgu i jej powolne otwieranie się na własne uczucia to kolejny dowód na to, że Wilczyńska świetnie czuje się w budowaniu skomplikowanych portretów psychologicznych. Te sekrety, które w końcu wychodzą na jaw, nie są tu tylko tanim chwytem fabularnym, ale ważnym elementem układanki o tym, jak bardzo boimy się własnej prawdy. Autorka pokazuje, że wypowiedzenie na głos tego, co nas boli, jest pierwszym krokiem do wolności, choćby ta wolność miała na początku bardzo boleć.

„Więzi” utwierdziły mnie w przekonaniu, że ta seria to jedna z najważniejszych pozycji w polskiej literaturze obyczajowej ostatnich lat, bo nie boi się dotykać nerwu. Karolina Wilczyńska przypomina nam, że w każdym z nas drzemie siła, by przeciąć toksyczne pępowiny i zacząć żyć na własnych zasadach, nawet jeśli świat wokół nas tego nie aprobuje. To opowieść o bolesnym procesie stawania na nogi i o tym, że czasem trzeba wszystko zburzyć, by móc zbudować coś prawdziwego i trwałego.

Kończąc tę lekturę, czułam się bogatsza o te wszystkie przemyślenia bohaterów, które tak mocno rezonują z naszą codziennością. To nie jest książka, którą odkłada się na półkę i zapomina o niej następnego dnia – ona zostaje pod skórą, zmuszając do rachunku sumienia z własnych relacji. Czekam teraz niecierpliwie na kontynuację, bo czuję, że autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w kwestii uzdrawiania połamanych ludzkich losów i szukania własnej drogi do szczęścia.

Recommended Posts

powieść obyczajowa romans współpraca recenzencka

„Zanim nauczono nas zapominać” – Joanna Lisowska

„Czasem zostaje tylko pytanie, które nosi się ze sobą jak cichy ciężar.” „Zanim nauczono mnie zapominać” autorstwa Joanny Lisowskiej to jedna z tych lektur, które choć krótkie, zostawiają w czytelniku trwały ślad, zupełnie jak pierwsza miłość, o której traktuje ta historia. Jako czytelnik z wieloletnim stażem rzadko daję się zaskoczyć formie opowiadania, jednak tutaj poczułem […]

ksiazkowyzaulek 
horror

„Antologia z dreszczykiem” – praca zbiorowa

„Otaczała mnie ciemność. Ale nie taka zwykła, która pojawia się nocą po zgaszeniu żarówki. Nie to był zły, tłusty, wszechogarniający mrok, wypełzający z kątów i szczelin oraz wciskający się w każdą, najmniejszą nawet szparę. Ciężki i oleisty. Namacalny, wchłaniający światło i odbierający nadzieję”. „Antologia z dreszczykiem” to pozycja, obok której nie mogłam przejść obojętnie, choć […]

ksiazkowyzaulek 
polecajki powieść obyczajowa

„Hejterka. Historia pewnej nienawiści” – Natasza Socha

„Są ludzie, którzy muszą stać po środku sceny. Ale są też tacy, którzy wolą rolę statystów.” Jako recenzentka z wieloletnim stażem, wielokrotnie brałam do ręki książki poruszające trudne tematy, ale rzadko która uderzyła we mnie z taką siłą jak „Hejterka. Historia pewnej nienawiści”. Natasza Socha stworzyła opowieść, która w swej autentyczności jest niemal fizycznie bolesna, […]

ksiazkowyzaulek 

Leave A Comment