„Cień ducha gór” – Hubert Litwinionek

„Góry pamiętają więcej, niż ludzie są w stanie unieść.”
Od samego początku wiedziałam, że „Cień Ducha Gór” autorstwa Huberta Litwinionka będzie dla mnie czymś wyjątkowym, choć książka ta wyjątkowo długo czekała na swoją kolej na półce. Leżała tam, cierpliwie zerkając na mnie grzbietem, aż w końcu nadszedł ten właściwy moment, mroźny i duszny, idealnie pasujący do jej wnętrza. Najwidoczniej tak właśnie musiało być – pewne historie potrzebują odpowiedniej aury i wewnętrznej gotowości czytelnika, by w pełni wybrzmieć i zostawić w sercu trwały ślad.
Hubert pokazał moje ukochane góry z tej zdecydowanie bardziej mrocznej strony, którą zazwyczaj staramy się pomijać w radosnych, turystycznych relacjach. Karkonosze w jego wydaniu są tajemnicze, surowe i momentami wręcz zdradliwe, co idealnie oddaje ich prawdziwy charakter. To przecież właśnie tutaj pogoda potrafi zmienić się z minuty na minutę, zmieniając bezpieczny szlak w pułapkę bez wyjścia, gdzie biała ciemność zaciera granice między niebem a ziemią.
Autor odważył się również sięgnąć po coś, co do dnia dzisiejszego niezwykle silnie funkcjonuje w świadomości mieszkańców tych rejonów – postać Ducha Gór, legendarnego Karkonosza. To nie jest tylko bajka dla turystów, ale byt, którego obecność przenika każdą dolinę i każdy granitowy ostaniec. Czytając tę historię, czułam na karku ten specyficzny oddech, który towarzyszy każdemu, kto choć raz zapuścił się nieco dalej w knieję, czując, że nie jest tam do końca sam.
Wielu z górskich bywalców doświadczyło jego „obecności” na własnej skórze i muszę przyznać, że ja również należę do tego grona. Pamiętam wyprawę, gdy góry pokazały mi swoje groźne oblicze, a ja, ledwo stojąc na nogach i owładnięta narastającym poczuciem zagubienia, straciłam orientację. Wtedy On się pojawił – pod postacią sarenki, która nagle wyłoniła się z mgły i spokojnym krokiem doprowadziła mnie bezpiecznie do „domu”, znikając równie nagle, gdy tylko poczułam pod stopami znajomy grunt.
Właśnie to osobiste doświadczenie sprawiło, że „Cień Ducha Gór” czytało mi się z tak ogromnym przejęciem i gęsią skórką na rękach. Hubert Litwinionek doskonale uchwycił tę cienką linię między racjonalnym śledztwem porucznika Mirskiego a tym, co niewytłumaczalne i zakorzenione w lokalnej magii. Szklarska Poręba staje się tu areną walki sił, których nie da się zamknąć w policyjnych aktach, a każde odnalezione ciało wydaje się być elementem większej, przerażającej układanki.
Porucznik Witold Mirski, trafiając do zimowego miasteczka, nie spodziewał się, że drobne sprawy zamienią się w walkę o zachowanie zmysłów w obliczu budzącej się legendy. Obserwowałam jego zmagania z narastającym mrokiem z zapartym tchem, doceniając, jak autor buduje klaustrofobiczną atmosferę starego schroniska i milczącego, zasypanego śniegiem lasu. To lektura, która wciąga niczym górskie bagno – im głębiej wchodzisz w tę historię, tym trudniej jest się z niej wydostać bez szwanku.
Zima w Karkonoszach bywa bezlitosna, a prawda, która wychodzi na jaw w tej powieści, jest równie ostra jak lodowaty wiatr na Grzbiecie. Autor przypomina nam, że nauka i sumienie często muszą skłonić czoło przed siłami, których nie rozumiemy, a Duch Gór patrzy i ocenia nasze czyny z surowością godną samego losu. To nie jest tylko kryminał, to mroczna ballada o winie i karze, osadzona w scenerii, którą kocham miłością trudną i pełną respektu.
Zamykając tę książkę, poczułam ogromną wdzięczność, że w końcu po nią sięgnęłam, bo pozwoliła mi ona na nowo spojrzeć na szczyty, które widzę za oknem. Jeśli szukacie czegoś, co poruszy Wasze najgłębsze lęki i jednocześnie zachwyci autentycznym klimatem dolnośląskich legend, ta pozycja jest absolutnie dla Was. Pamiętajcie tylko, że w Karkonoszach nic nie ginie na zawsze – one jedynie czekają na odpowiedni moment, by o sobie przypomnieć.
