„Polowanie na Babiej Górze” – Irena Małysa

„Czuł się dziwnie lekko i spokojnie na tej Babiej Górze. Wydawało mu się, że rozumie odgłosy zwierząt: słyszał chociażby rudzika, który radośnie trelował, witając go w leśnej rodzinie. Był częścią tego lasu i przyroda przyjmowała go gościnnie.”
Czasami są książki, które muszą poczekać na swoją kolej. Tak było z całym cyklem Baśka Zajda Ireny Małysy. W ostatnich dniach zanurzyłam się całkowicie w babiogórskich klimatach i przepadłam już po rozpoczęciu pierwszego tomu. Choć nadrabiałam te zaległości intensywnie, to właśnie przy „Polowanie na Babiej Górze” poczułam najmocniej, jak bardzo ta seria dojrzała i jak głęboko potrafi wgryźć się w ludzką psychikę, nie dając o sobie zapomnieć nawet po odłożeniu lektury na półkę.
Autorka po raz kolejny zabrała mnie do Zawoi, tym razem w jesiennej, październikowej odsłonie roku 2024, gdzie mgły otulające szlaki stają się niemal namacalne. Rozpoczynający się ultramaraton, który w teorii miał być świętem sportu i ludzkiej wytrzymałości, błyskawicznie zamienia się w teatr grozy za sprawą jednej, złowieszczej wiadomości. Czytając o zapowiedzi rozlewu krwi na Babiej Górze, czułam na plecach ten specyficzny chłód, który towarzyszy tylko najlepiej skrojonym thrillerom, gdzie natura i zło idą ze sobą w nierozerwalnym uścisku.
Baśka Zajda, moja ulubiona, twarda i niepokorna detektywka, powraca w te rejony z bagażem doświadczeń, który czyni ją postacią niezwykle autentyczną. Jej śledztwo w sprawie zniknięcia jednego z biegaczy to nie tylko praca policyjna, ale bolesna konfrontacja z miejscem, które zna aż za dobrze i które skrywa więcej tajemnic, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Fascynowało mnie, jak Baśka lawiruje między mrocznymi ostępami lasu a jeszcze mroczniejszymi zakamarkami ludzkiej pamięci, udowadniając, że w górach nic nigdy naprawdę nie ginie.
Równolegle prowadzony wątek z 1939 roku nadał tej historii niezwykłej głębi i ciężaru gatunkowego, który odróżnia tę serię od klasycznych kryminałów. Losy małego Janka, próbującego przetrwać w brutalnej rzeczywistości okupowanej Zawoi pod okiem niemieckich najeźdźców, rozrywały mi serce. To, czego ten chłopiec był świadkiem, stało się ziarnem zła, które kiełkowało przez dziesięciolecia, czekając na odpowiedni moment, by wydać swoje trujące owoce w czasach współczesnych.
Podziwiam Irenę Małysę za to, z jaką plastycznością potrafi opisywać emocje i krajobrazy, tworząc aurę tak gęstą, że niemal czułam zapach wilgotnego igliwia i jesiennego butwienia. „Polowanie na Babiej Górze” to powieść przepełniona historią, która nie jest tylko suchym faktem z podręcznika, ale żywą, bolącą raną na tkance lokalnej społeczności. Autorka uświadamia nam, że pamięć potrafi zabijać równie skutecznie jak ostrze noża, a przeszłość zawsze w końcu upomina się o swoje, oddychając nam w kark w najmniej spodziewanym momencie.
Ta część cyklu wydała mi się wyjątkowo emocjonalna i dopracowana pod kątem psychologicznym, co sprawiło, że czytałam ją z narastającym napięciem. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak misternie nitki z odległej przeszłości splotły się z losami dzisiejszych bohaterów, tworząc tragiczny obraz cykliczności zła. To lektura wymagająca skupienia, ale odwdzięczająca się niesamowitą atmosferą i poczuciem obcowania z literaturą, która dotyka spraw ostatecznych pod płaszczem policyjnego dochodzenia.
Choć mam szczerą nadzieję, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z Baśką Zajdą, to ten tom mógłby stanowić godne zwieńczenie serii ze względu na swoją siłę rażenia i domknięcie pewnych duchowych procesów. Królowa Beskidów, piękna i niebezpieczna zarazem, została tu sportretowana z należnym jej szacunkiem i grozą, stanowiąc idealne tło dla dramatu, który rozegrał się na jej zboczach. Po skończeniu tej książki jeszcze długo siedziałam w ciszy, próbując otrząsnąć się z babiogórskiej mgły i smutku, który bił z kart tej powieści.
Polecam ten tytuł oraz całą serię wszystkim, którzy szukają w kryminałach duszy i nie boją się zajrzeć w mrok, który czai się tuż za progiem bezpiecznych domostw. Irena Małysa stworzyła cykl wybitny, spójny i niezwykle ważny na mapie polskiej literatury gatunkowej, a „Polowanie na Babiej Górze” jest tego najlepszym dowodem. To była dla mnie literacka uczta, pełna refleksji nad tym, jak bardzo definiują nas czyny naszych przodków i jak trudno jest uciec przed przeznaczeniem wpisanym w surowy, górski krajobraz.
