„Academy of frauds” – Martyna Jamrożek

„Czasem to, czego boimy się najbardziej, to nie prawda, którą można udowodnić, lecz ta, która czai się w najciemniejszych zakamarkach świadomości. Prawda, która nie potrzebuje dowodów, bo wystarczy, że zaczniemy w nią wierzyć.”
To już moja kolejna współpraca z autorką i z każdym kolejnym tomem widzę, jak niesamowicie dojrzał jej warsztat. Martyna Jamrożek po raz kolejny udowadnia, że doskonale wie, jak prowadzić emocjonalną grę z czytelnikiem. W książce „Academy of frauds” – stanowiącej drugi tom serii Lost words – autorka serwuje nam opowieść, w której każda strona zdaje się wręcz ociekać napięciem. Pisarstwo Jamrożek cechuje niezwykła lekkość w operowaniu mrokiem, a jej styl stał się jeszcze bardziej plastyczny i wyostrzony niż w poprzednich publikacjach. Czekam na kolejne jej książki z ogromną niecierpliwością, bo taka ewolucja pióra to po prostu czysta przyjemność do śledzenia.
Strona językowa tej powieści zasługuje na osobny akapit, bo to właśnie konstrukcja zdań i dynamika narracji budują tu cały strach. Autorka operuje krótkimi, niemal rwanymi frazami, które przypominają przyspieszony oddech po ucieczce. Proza płynie rwanym rytmem, przenosząc nas płynnie między perspektywami bohaterów, co tworzy niezwykle gęstą atmosferę paranoia. Czuć w tym tekstowym pulsie nieustanny niepokój – każda zmiana punktu widzenia to nowe odcienie szarości, zaciętości i winy, które dosłownie wnikają pod skórę.
Niezwykle cenię sobie w literaturze plastyczność i dbałość o sensoryczne detale, a tutaj przestrzeń została wykreowana wprost fenomenalnie. Jamrożek nie opisuje miejsc w sposób suchy; ona buduje je za pomocą zapachów stęchłego pergaminu, wilgoci, dymu, a wreszcie przerażającego metalicznego posmaku krwi i spalenizny. Korytarze Akademii Aurea oraz alpejskie krajobrazy są namacalne, zimne i nieprzyjazne. Cały ten ciężar sensoryczny sprawia, że podczas lektury miałam wręcz fizyczne poczucie osaczenia i przebywania w dusznych, zaciemnionych pomieszczeniach.
Niezwykle przejmujący jest również sposób, w jaki autorka prowadzi monologi wewnętrzne postaci. Emocjonalny ciężar nie jest tu deklarowany wprost, ale wynika z mikrogestów, drżenia rąk, zaciśniętych zębów i pęknięć w głosie. W warstwie stylistycznej świetnie sprawdza się motyw maski i ciągłej zmiany tożsamości – język bohaterów staje się chłodniejszy, bardziej kalkulujący i zdystansowany, gdy walczą o przetrwanie, by za chwilę załamać się pod wpływem powracających wspomnień. To budowanie kontrastu między zewnętrznym chłodem a wewnętrzną ruiną jest po prostu majstersztykiem.
Warto zauważyć, jak doskonale przemyślana jest sekwencja budowania napięcia w tej historii. Autorka zaczyna od powolnego, nostalgicznego wręcz rejestrowania ucieczki i powrotów, by w drugiej połowie książki gwałtownie przyspieszyć tempo. Konstrukcja zdań w momentach zagrożenia staje się niemal filmowa – kadry zmieniają się szybko, opis ruchu jest precyzyjny, a poczucie chaosu i dezinformacji udziela się bez reszty. Jamrożek nie oszczędza swoich postaci ani czytelnika, prowadząc narrację w sposób bezwzględny i pozbawiony tanich sentymentów.
Sama warstwa kreacji psychologicznej w warstwie językowej wypada niezwykle wiarygodnie. Nie ma tu przerysowanych, sztucznych dialogów – słowa, które padają między bohaterami, są dociążone milczeniem z przeszłości. Autorka wie, że najmocniejsze ciosy zadaje się nie krzykiem, ale cichym, matowym szeptem lub brakiem odpowiedzi. Ta powściągliwość w warstwie werbalnej sprawia, że każde wypowiedziane zdanie waży tonę i zostawia w czytelniku głęboki ślad.
Ta książka to dojrzała, mroczna i niezwykle angażująca opowieść o konsekwencjach wyborów, ucieczce przed samym sobą i szukaniu prawdy w świecie zbudowanym na kłamstwie. Martyna Jamrożek stworzyła historię, od której trudno się oderwać, a jej styl – pełen mroku, elokwencji i dojrzałej emocjonalności – zostaje w głowie na długo po zamknięciu okładki. Zdecydowanie polecam sięgnąć po tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż tylko prostej rozrywki.
