„Cudne manowce” – Agnieszka Olejnik

„Kiedy człowiek wyrzuci z siebie wstydliwe tajemnice, one ważą jakby mniej. Nie ubywa ich, tylko stają się drobniejsze. A gdzieś w środku, na samym dnie duszy, robi się jaśniej. Jakbyś był zamknięty w ciemnym pomieszczeniu i na chwilę przez szczelinę w deskach zajrzało słońce.”
Spoglądając po raz pierwszy na okładkę powieści „Cudne manowce”, której autorką jest Agnieszka Olejnik, miałam w głowie zupełnie inny obraz tej historii, nastawiając się na lekką opowieść o górskich wędrówkach, a tymczasem dostałam coś, co wstrząsnęło mną do głębi i wywołało łzy, które płynęły ciurkiem zarówno w trakcie czytania, jak i długo po odłożeniu książki na półkę.
To niesamowite, jak język tej powieści potrafi niemal od pierwszych stron otulić niezwykłą wrażliwością, płynąc niespiesznie, a zarazem z tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, że każda kolejna strona staje się osobistym przeżyciem. Autorka operuje słowem z wielkim wyczuciem i dojrzałością, unikając taniego sentymentalizmu na rzecz głębokiej, autentycznej melancholii, która porusza najczulsze struny w duszy.
Warstwa stylistyczna tej pozycji to prawdziwy majstersztyk plastyczności i budowania nastroju, gdzie opis drogi nie jest jedynie odtworzeniem geograficznej trasy, lecz misternie tkaną metaforą wewnętrznych zmagań, lęków i cichego żalu. Sposób, w jaki autorka maluje słowem krajobrazy hiszpańskiego szlaku, sprawia, że niemal czuje się pył pod butami, zmęczenie w kościach oraz ten specyficzny, chłodny wiatr przynoszący ukojenie i przestrzeń do rozmyślań.
Absolutnym zachwytem napawa fakt, jak poezja Stachury wpleciona w treść tworzy prawdziwy majstersztyk literacki, nadając całej narracji dodatkowy, wręcz metafizyczny wymiar. Te poetyckie frazy idealnie współgrają z rytmem marszu bohaterów, rezonują z ich emocjami i sprawiają, że tekst zyskuje niezwykłą głębię, przenikając czytelnika do głębi.
Fabuła skupia się na historii czterech przyjaciółek, których więzi z biegiem lat mocno wyblakły, aż do momentu, gdy śmierć jednej z nich zmusza pozostałe do konfrontacji z przeszłością i wyruszenia w wymarzoną pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Ta koncepcja staje się pretekstem do stworzenia dojrzałej prozy psychologicznej, w której najistotniejszy jest proces powolnego zrzucania maskan i obnażania własnych słabości.
Niezwykle urzekła mnie w tej książce dynamika dialogów, które brzmią wyjątkowo naturalnie, pełne są niedomówień, bolesnych pauz, ale i stopniowo odzyskiwanego, ciepłego humoru. Pisarka z wielkim wyczuciem oddaje zmianę tonu rozmów – od sztywnych, kurczowo trzymanych reguł grzecznościowych, aż po pełne emocji, oczyszczające wyznania, które przynoszą upragnioną ulgę.
Podczas lektury przypomniałam sobie, jak kiedyś moja bliska koleżanka opowiadała mi o własnej wyprawie tym szlakiem i o tej niezwykłej, wewnętrznej przemianie, jakiej tam doświadczyła, i muszę przyznać, że autorka zdołała ten ulotny duchowy klimat oddać na kartach powieści w sposób po prostu doskonały. Zazdrościłam wtedy tamtej znajomej, zazdrościłam bohaterkom w trakcie czytania, a ta lektura sprawiła, że dojrzała we mnie absolutna pewność, iż sama również kiedyś wyruszę w tę drogę dla samej siebie.
Ta historia udowadnia, że prawdziwa literatura obyczajowa nie potrzebuje gwałtownych zwrotów akcji czy tanich sensacji, by trzymać w napięciu, ponieważ największą siłą jest tu prawda o ludzkich relacjach, wyczuwalna w każdym zdaniu, akapicie i kropce. Styl autorki pozostawia ogromną przestrzeń do własnych refleksji, nie narzucając gotowych odpowiedzi, lecz delikatnie prowadząc przez zarośla trudnych emocji ku nadziei.
Zostają po tej lekturze cichy zachwyt, poczucie głębokiego wzruszenia oraz pęczniejąca w sercu potrzeba zwolnienia biegu, przewietrzenia własnej głowy i docenienia tych, którzy idą tuż obok nas. To piękna, pełna światła i wyrozumiałości opowieść, która przypomina, jak niewiele trzeba, by odnaleźć utracony sens i na nowo poukładać własny świat.
Grafika wygenerowana przez AI
