„Kamienica przy Portowej” – Janus Katarzyna

„Cóż, świat nie zawsze jest sprawiedliwy. Świat, czy też przeznaczenie, los, a może ten tam, na górze, wszystko jedno. I tak najważniejsze, żeby zawsze żyć ze sobą w zgodzie , postępować tak, jak serce i sumienie nakazują, a jak tak to będzie odbierane i w przyszłości oceniane przez innych, cóż… To już inna sprawa. Na nią jednak nie mamy wpływu.”
Na początku „Kamienica przy Portowej” nie wciągnęła mnie tak, jak się spodziewałam. Pierwsze strony dłużyły się niemiłosiernie, a ja łapałam się na tym, że wracam do zdań, żeby jeszcze raz złapać rytm opowieści. Miałam wrażenie, że historia dopiero szuka właściwego tempa, a bohaterowie stoją jakby w progu, jeszcze nie gotowi, żeby w pełni wejść na scenę.
Z czasem jednak coś zaczyna się zmieniać. Kartki przewracają się coraz szybciej, postacie nabierają życia, a kamienica – niby zwyczajna, niby taka jak wiele innych – zaczyna tętnić emocjami. Nagle każdy jej mieszkaniec dostaje swój głos, swoje troski i swoje pragnienia. Zauważyłam, że zaczynam czytać bardziej uważnie, jakby coś w tej opowieści niepostrzeżenie mnie do siebie przyciągnęło.
To, co najbardziej mnie ujęło, to sposób, w jaki autorka pokazuje relacje między sąsiadami. Nie ma tu wielkich gestów ani patetycznych scen, jest za to codzienność – rozmowa na klatce, wymiana uśmiechów, pomoc w najmniej oczekiwanym momencie. I nagle okazuje się, że wystarczy drobiazg, by przełamać dystans i nawiązać więź, która może okazać się naprawdę wartościowa.
W trakcie lektury często myślałam o swojej własnej kamienicy. Choć mieszkań jest u nas więcej, kilka stoi pustych, więc ostatecznie jest nas podobna liczba, jak w powieści. A przecież sceny, które czytałam, równie dobrze mogłyby wydarzyć się u mnie na korytarzu. Te wszystkie „dzień dobry”, które wypowiadam czasem z automatu, przyzwyczajenie do cichego mijania się, ale też te rzadkie chwile, kiedy ktoś zapyta, jak mija dzień, albo przyniesie ciasto „bo zostało”.
Niektórzy sąsiedzi są mi prawie obcy, choć mijamy się od lat. Z innymi mam relacje bliższe, czasem zaskakująco serdeczne, choć zaczęło się od zwykłego uśmiechu. I czytając tę książkę, uświadomiłam sobie, że każda z tych osób ma swoją historię – często zupełnie nieoczywistą, często ukrytą pod spokojnym „wszystko w porządku”.
Powieść Janus pokazuje, że ludzie, którzy żyją tuż obok nas, mogą stać się czymś więcej niż anonimowymi twarzami za drzwiami. Czasem wystarczy, by któreś drzwi uchyliły się choć trochę – i wtedy świat nabiera nowych barw. Może właśnie dlatego te późniejsze rozdziały tak mnie poruszyły: bo przypominają, że wspólnota nie jest tworem abstrakcyjnym, tylko czymś, co tworzy się dzień po dniu, z drobnych gestów.
Im dalej brnęłam w historię, tym bardziej czułam ciepło, które z niej płynie. Bohaterowie, początkowo tak odlegli, stają się bliscy, prawdziwi, jakby mogli mieszkać piętro wyżej albo tuż pod moim mieszkaniem. W miarę rozwoju fabuły narasta też przekonanie, że każdy z nas zasługuje na drugą szansę – i że czasem właśnie ludzie obok mogą nam ją podarować.
Gdy zamknęłam książkę, zostało ze mną jedno proste przekonanie: warto otwierać drzwi. Nie tylko te dosłowne, ale i te w sobie. Nie zamykać się przed światem, nawet jeśli czasem pokusa jest duża. Bo nigdy nie wiadomo, kto stoi po drugiej stronie – a może to ktoś, kto z czasem okaże się ważny.
