„Śnieg przykryje” – Michał Śmielak

„Pewnych słów człowiek już nie zapomni, ani tych wypowiedzianych w gniewie, ani usłyszanych. Może za nie przeprosić, ale one wyryją się w głowie, a może nawet głębiej, w duszy, i nigdy nie znikną.”
Zima kojarzy nam się zazwyczaj z ciepłem domowego ogniska i zapachem świerku, ale Michał Śmielak w swojej powieści „Śnieg przykryje” przypomina, że pod białą, mroźną pierzyną mogą kryć się tajemnice, o których świat wolałby zapomnieć. To nie jest radosna opowieść o magii Bożego Narodzenia, lecz duszna, wielowarstwowa historia o stracie, która potrafi zdefiniować ludzkie życie na nowo i to w sposób, którego nikt by się nie spodziewał.
Wszystko zaczyna się dwudziestego trzeciego grudnia, w czasie, gdy polskie domy wypełniają się gorączkowymi przygotowaniami do wigilijnej wieczerzy. Ryszard, wierny rodzinnej tradycji, wyrusza do Lasu Ponurego, by przynieść do domu idealną choinkę, jednak z tej krótkiej wyprawy nigdy nie wraca, znikając bez najmniejszego śladu w gęstwinie drzew i wirujących płatkach śniegu.
Jego nagłe zniknięcie rozrywa tkankę rodzinną, zostawiając po sobie dojmującą pustkę, której nie są w stanie wypełnić ani usilne poszukiwania, ani policyjne raporty. Mijają kolejne zimy, a Las Ponury staje się w świadomości bliskich symbolem niewyjaśnionej tragedii i milczącym świadkiem dramatu, który zamroził życie całej rodziny na ponad dwie dekady.
I nagle, po dwudziestu pięciu latach, gdy kurz na starych zdjęciach zdążył już osiąść grubą warstwą, a nadzieja dawno wygasła, mężczyzna wraca do domu. Jego pojawienie się w progu nie przynosi jednak oczekiwanego ukojenia, lecz rodzi lawinę pytań o to, co działo się z nim przez ten ćwierćwieczny okres i kim właściwie stał się człowiek, który kiedyś był mężem i ojcem.
W centrum tej skomplikowanej zagadki staje Piotr, syn Ryszarda, który dorastał w cieniu ojcowskiej nieobecności i to właśnie ta trauma popchnęła go w szeregi policji. Został funkcjonariuszem z jednego powodu – aby móc na własną rękę, z dostępem do akt i dowodów, wyjaśnić zagadkę, która odebrała mu dzieciństwo i poczucie bezpieczeństwa.
Autor umiejętnie buduje napięcie, pokazując, że Las Ponury nie bez powodu cieszy się złą sławą, a liczba niewyjaśnionych zaginięć w tym rejonie jest przerażająco wysoka. Czytelnik razem z Piotrem zagłębia się w gęstwinę kłamstw, lokalnych układów i przemilczeń, które przez dekady były starannie zamiatane pod dywan przez ludzi, którym zależało na zachowaniu status quo.
Przyznam szczerze, że twórczość Michała Śmielaka znam już dość dobrze i mam za sobą wiele jego wcześniejszych tytułów, co sprawia, że moje oczekiwania wobec każdej kolejnej premiery są naprawdę wysokie. Właśnie z tego powodu, po lekturze „Śnieg przykryje”, czuję się poniekąd nieco rozczarowana, ponieważ czytałam już inne, zdecydowanie lepsze książki tego autora.
Owszem, sama historia mi się podobała i spędziłam z nią kilka ciekawych wieczorów, ale jak to się mówi – ta pozycja nie powala na kolana tak, jak robiły to niektóre poprzednie dzieła pisarza. Odniosłam wrażenie, że mimo świetnego pomysłu na fabułę, zabrakło tu tego ostatecznego szlifu, który sprawiłby, że opowieść zapadłaby mi w pamięć na znacznie dłużej.
Mimo tych moich małych uwag i poczucia, że nie była to jego najlepsza książka, na pewno nadal będę sięgać po twórczość Śmielaka, bo po prostu bardzo lubię jego styl. Mogę tę powieść polecić każdemu, kto szuka solidnego thrillera na zimowe wieczory, choć warto mieć na uwadze, że ten autor potrafi wspiąć się na jeszcze wyższy poziom literacki.
