„Miłość w kolorze sepii” – Katarzyna Sarnowska

„Ludzie wszystko wiedzą. Nawet to, czego nie było, a co by chcieli, żeby było. Niektórzy nie znają nawet mojego imienia, a myślą, że mogą mówić o mnie wszystko.”
„Miłość w kolorze sepii” Katarzyny Sarnowskiej to jedna z tych pozycji, które po prostu zostają w pamięci na dłużej, nawet jeśli od ich pierwszej lektury minęło już sporo czasu. Autorka z niezwykłą precyzją odmalowuje obraz przedwojennej Polski, przenosząc nas do roku 1928, kiedy to świat wyglądał zupełnie inaczej, a zasady społeczne były sztywne i nieubłagane. Uwielbiam takie powieści, gdzie oddany jest klimat czasów, w których dzieje się akcja, a Włocławek z tamtego okresu staje się niemal żywym bohaterem tej historii.
Główny bohater, Jan Stachurski, to młody porucznik Wojska Polskiego, postać pełna honoru i ideałów, które w dzisiejszych czasach wydają się niemal egzotyczne. Z kolei Leokadia Bądkowska, dziewczyna z podwłocławskiej wsi, wnosi do opowieści powiew naturalności i niewinności, ale też ogromną determinację. Kiedy ich losy niespodziewanie się splatają, czytelnik od razu czuje tę iskrę, która nie pozwala im o sobie zapomnieć, mimo że cały świat zdaje się sprzysięgać przeciwko nim.
Konflikt zarysowany przez Sarnowską opiera się na zderzeniu dwóch różnych światów i oczekiwań, jakie społeczeństwo stawiało przed jednostką w dwudziestoleciu międzywojennym. Z jednej strony mamy surowe przepisy wojskowe, które regulowały niemal każdy aspekt życia oficera, z drugiej zaś wolę rodziny Leokadii, dla której tradycja i posłuszeństwo były wartościami nadrzędnymi. Autorka świetnie pokazuje, jak trudne było wtedy podążanie za głosem serca, gdy na szali kładło się reputację i przyszłość najbliższych.
To, co najbardziej urzeka w tej książce, to jej niespieszne tempo, które pozwala w pełni zanurzyć się w malowniczej scenerii przedwojennego Włocławka i jego okolic. Czytając, niemal czuje się zapach starego papieru, kurzu na traktach i elegancję dawnych mundurów, co sprawia, że „Miłość w kolorze sepii” staje się literacką podróżą w czasie. Czasem lubię odświeżyć sobie dobre tytuły i muszę przyznać, że ta historia przy ponownym czytaniu zyskuje jeszcze więcej głębi, odkrywając przed nami nowe detale.
Pytanie o to, czy młody porucznik wytrwa w swojej miłości, trzyma w napięciu do samego końca, bo przeszkody, przed którymi staje para, wydają się momentami nie do pokonania. Leokadia musi wykazać się niezwykłą siłą charakteru, by walczyć o prawo do wyboru własnej drogi, co czyni ją postacią niezwykle nowoczesną jak na tamte lata. To opowieść o poszukiwaniu wolności w świecie pełnym ograniczeń, gdzie każde szczęście ma swoją wysoką cenę.
Warto zwrócić uwagę na język, jakim posługuje się autorka – jest on lekki, a jednocześnie bardzo plastyczny, co idealnie współgra z nostalgicznym tytułem powieści. Sarnowska nie idealizuje tamtej rzeczywistości, pokazuje również zapomniane tajemnice i mroczniejsze strony życia w przedwojennej Polsce, co nadaje całości autentyczności. Dzięki temu historia Jana i Leokadii nie jest tylko kolejnym romansem, ale rzetelnie skrojonym obrazem obyczajowym tamtej epoki.
Refleksja nad tym, jak wiele zmieniło się w kwestii swobody wyboru partnera i budowania własnego losu, nasuwa się sama podczas lektury kolejnych rozdziałów. Dzisiaj trudno nam sobie wyobrazić, że wola rodziny mogła być aż tak wiążąca, a regulamin wojskowy mógł decydować o tym, z kim oficer wiąże swoje życie. To sprawia, że dramaturgia utworu jest autentyczna i angażująca emocjonalnie, zmuszając nas do kibicowania bohaterom w ich nierównej walce z konwenansami.
Kończąc tę lekturę po raz kolejny, czuję ten specyficzny rodzaj literackiego nasycenia, który dają tylko naprawdę dobrze napisane książki historyczno-obyczajowe. „Miłość w kolorze sepii” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto ceni sobie dbałość o szczegóły epoki i wzruszające, ale niebanalne historie miłosne. A Wy czytaliście już tę powieść Katarzyny Sarnowskiej, czy może macie ją dopiero w planach na leniwe popołudnie?
