„Łączka – Zimny oddech” – Wanda Siubiela

„Wilki tworzą watahy, ale najsilniejsze z nich są tak naprawdę samotnikami. Jednak nie z własnego wyboru. Z konieczności. Świat nie rozumie ich. Boi się ich. Więc one żyją na obrzeżach – między lasem a miastem, między dniem a nocą, między życiem a śmiercią…”
„Łączka – Zimny oddech” to jedna z tych lektur, które biorą czytelnika w posiadanie od pierwszej strony i nie wypuszczają ze swoich objęć aż do ostatniego zdania. Rzadko daję się tak całkowicie porwać nurtowi opowieści, ale Wanda Siubiela stworzyła coś, co wymyka się prostym klasyfikacjom gatunkowym. To kontynuacja losów znanych z poprzedniej części, która uderza w najczulsze struny ludzkiej wrażliwości, mieszając niepokój z pięknem słowa. Siedziałam nad tą książką, zapominając o upływającym czasie, chłonąc każdą emocję, jakiej autorka mi nie szczędziła w tej gęstej, niemal namacalnej atmosferze.
W centrum wydarzeń ponownie staje Wercia, siedemnastolatka stojąca na progu dorosłości, która zamiast beztroski otrzymuje od losu cały bagaż trudnych doświadczeń. Śledziłam jej zmagania z rozpadającym się światem, czując każdą jej obawę i każde ukłucie bólu związane z rozwodem rodziców czy milczeniem ukochanego Michała. To postać, która widzi więcej i czuje mocniej, co czyni ją niezwykle bliską każdemu, kto choć raz czuł się niepasujący do otaczającej rzeczywistości. Autorka genialnie oddała ten specyficzny stan zawieszenia między dzieciństwem a brutalnym wejściem w świat dorosłych, gdzie decyzje mają już swoją realną i często wysoką cenę.
Tło wydarzeń jest równie fascynujące co sama fabuła, ponieważ przenosimy się do Polski, a konkretnie na Hel, który trwa w przedziwnym letargu u schyłku przemijającej pandemii. Ten duszny, a jednocześnie niosący pewną ulgę klimat odchodzącego zagrożenia idealnie współgra z wewnętrznym rozedrganiem głównej bohaterki. Z jednej strony mamy ukochany Bałtyk, który szepcze mroczne sekrety, a z drugiej Tatry, które wystawiają Werkę na najcięższe próby. Te dwa żywioły, góry i morze, stają się niemymi świadkami jej dojrzewania i walki o własną tożsamość w świecie pełnym kłamstw i niedomówień.
Wątek „świeżo odnalezionego” dziadka wprowadza do historii element niemalże sensacyjny, związany z ogromnym spadkiem w postaci hoteli i kasyn, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod tym luksusem kryją się tajemnice, które dla młodej dziewczyny stają się ciężarem niemal nie do uniesienia w pojedynkę. Zastanawiałam się razem z nią, czy te wszystkie dobra są błogosławieństwem, czy może przekleństwem, które jeszcze bardziej skomplikuje jej i tak już trudne relacje rodzinne. To właśnie te powiązania, często toksyczne i pełne żalu, stanowią o sile tej opowieści i sprawiają, że nie mogłam przestać o niej myśleć.
Czarna kostka z sześcioma symbolami, która pojawia się w kieszeni Werki, staje się metaforą niepewności i losu, który bywa przewrotny i okrutny. Czy te znaki okażą się ratunkiem, czy doprowadzą ją do zguby, to pytanie, które towarzyszyło mi przez całą lekturę, budując niesamowite napięcie. Wercia musi zdecydować, czy ucieczka przed samą sobą jest jedynym wyjściem, czy może nadszedł czas, by spojrzeć w głąb własnego umysłu i stawić czoła lękom. Ta psychologiczna głębia sprawia, że książka staje się czymś więcej niż tylko literaturą dla młodzieży, stając się ważnym głosem o kondycji współczesnego człowieka.
Jako patron medialny tej pozycji, czuję ogromną dumę, że mogę polecać tak wartościową literaturę, która z taką precyzją pokazuje zagubienie młodej osoby. Autorka nie upiększa rzeczywistości, nie daje łatwych odpowiedzi, lecz zmusza do refleksji nad tym, jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za poznanie prawdy o sobie i swoich bliskich. To lektura obowiązkowa dla dorosłych, by mogli lepiej zrozumieć lęki i obawy pokolenia wchodzącego w życie, które często pod maską buntu skrywa ogromną potrzebę akceptacji i miłości.
Styl Wandy Siubieli jest niezwykle plastyczny, pełen pięknych fraz i trafnych obserwacji, które zostają w głowie na długo po odłożeniu książki na półkę. Masa emocji, o których wspominam, nie jest tylko pustym frazesem, to realne drżenie serca przy każdym zwrocie akcji i każda łza zakręcona w oku przy opisach samotności bohaterki. Autorka ma niezwykły dar budowania światów, w których chcemy przebywać, mimo że bywają one surowe i pozbawione złudzeń, co czyni ją jedną z najciekawszych współczesnych pisarek w tym nurcie.
Kończąc tę recenzję, muszę przyznać, że z niecierpliwością czekam na kontynuację, bo losy Werki stały mi się niezwykle bliskie. „Łączka – Zimny oddech” to dowód na to, że polska literatura potrafi zachwycać, poruszać i prowokować do stawiania trudnych pytań o sens dorosłości. Jeśli szukacie książki nieodkładalnej, która zostanie z Wami na bardzo długo i sprawi, że spojrzycie na otaczający świat nieco inaczej, to koniecznie sięgnijcie po ten tytuł. Polecam z całego serca każdemu, kto kocha literaturę nasyconą prawdziwym życiem i nieoczywistymi emocjami.
