„O objętości czasu” – Solvej Balle

„Policzyłam dni. To mój osiemnasty listopada nr 122. Przebyłam długą drogę od siedemnastego i nie wiem czy kiedykolwiek ujrzę dziewiętnasty. Osiemnasty jednak przychodzi raz za razem. Przychodzi i wypełnia dom dźwiękami. Dźwiękiem człowieka. Człowiek ten porusza się po domu, a teraz wychodzi.”
Wyobraź sobie, że budzisz się rano, a świat nie ruszył ani o krok do przodu – dokładnie w taki stan wrzuca nas Solvej Balle w powieści „O objętości czasu I”. Czasem po cichu marzymy o tym, by cofnąć czas albo choć na chwilę go zatrzymać, prawda? Wydaje się to cudowną perspektywą, chwilą wytchnienia od pędu codzienności. Tylko czy aby na pewno bylibyśmy wtedy szczęśliwi? Zatrzymanie się w jednym punkcie potrafi uświadomić niezwykle bolesną prawdę o samotności, co duńska autorka obnaża z bezwzględną precyzją.
Główna bohaterka, Tara Selter, utknęła w feralnym osiemnastym listopada. Z pozoru sprawia wrażenie pogodzonej ze swoim losem, doskonale wie, co przyniesie kolejna godzina i w którym momencie spadnie deszcz, ale gdzieś głęboko w sercu wciąż tli się w niej cicha nadzieja na nadejście jutra, na możliwość zerwania kolejnej kartki ze ściennego kalendarza. Niezmiennie nasuwa się tu skojarzenie ze słynnym „Dniem świstaka”, chociaż sama autorka wspomina, że ten zamysł kiełkował w jej głowie już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
To, co w tej książce uderza najmocniej, to sam sposób prowadzenia narracji. Solvej Balle pisze niezwykle surowo, wręcz ascetycznie, unikając tanich dramatów i zbędnych ozdobników. Jej fraza jest wyważona, chłodna, skandynawsko zdystansowana, przez co cała historia zyskuje niesamowicie intymny, wręcz hipnotyzujący ton. Słowa są tu dobierane z aptekarską dokładnością, jakby sama pisarka odmierzała je na wadze, badając ich gęstość i ciężar.
Nie ukrywam jednak, że momentami nieco irytowały mnie nieustanne powtórzenia tych samych motywów. W kółko te same gesty, te same dźwięki, te same zdania padające z ust nieświadomego męża Tary. Szybko jednak złapałam się na tym, że wybaczam ten zabieg ze względu na specyfikę fabuły. W końcu autorka celowo zamknęła nas w tej stylistycznej klatce, zmuszając do odczuwania tego samego znużenia i monotonii, które trawią bohaterkę. Ta monotonia jest po prostu częścią konstrukcji językowej.
Zabrakło mi w tej narracji nieco większej ilości szczegółów i głębszych rysów tła, bo momentami tekst staje się tak oszczędny, że aż chłodny i sterylny. Autorka skupia się przede wszystkim na wewnętrznej pustce, rejestrując przesuwające się cienie i kurz w pokoju, zamiast dać czytelnikowi więcej mięsistych, namacalnych obrazów. Dystans emocjonalny jest tu momentami potężny i trzeba do niego przywyknąć, bo książka nie próbuje nas na siłę rozczulić.
Mimo to czyta się tę opowieść nad wyraz przyjemnie, niemal płynie się przez kolejne krótkie zapiski w dzienniku Tary. Jest w tej powolnej prozie coś magnetycznego, co sprawia, że kartki przewracają się same, a my zaczynamy wsłuchiwać się w ciszę własnego pokoju. To literatura, która nie krzyczy akcją, lecz operuje nastrojem i subtelnym niepokojem wiszącym w powietrzu.
I to, co mnie najbardziej „wkurzyło”, to samo zakończenie. Urwane, bez pointy, które nijak nie daje jasnych odpowiedzi na kłębiące się w głowie pytania i zostawia człowieka z wielkim znakiem zapytania. Z drugiej strony doskonale to rozumiem – w końcu przed nami jeszcze kolejne tomy tej wieloczęściowej historii, więc autorka musiała zostawić sobie pole do popisu.
Czekam zatem niecierpliwie na kontynuację, bo jestem ogromnie ciekawa, w jakim kierunku Balle poprowadzi tę językową i egzystencjalną układankę. Jeśli szukacie nietypowej, skłaniającej do refleksji lektury, która bawi się formą i pojęciem czasu, koniecznie miejcie ten tytuł na uwadze podczas kolejnych zakupów.
Grafika wygenerowana przez IA
