„Daleko od siebie” – Anna Kulawik

Nie ma nic bardziej ludzkiego niż chęć zasłonięcia się przed tym, co boli.”
Siedzę nad tą książką już kolejną godzinę i wciąż nie potrafię ubrać w słowa wszystkich emocji, jakie we mnie wywołała. „Daleko od siebie” Anny Kulawik to nie jest kolejna lekka lektura do poduszki, o której zapomina się wraz z odłożeniem jej na półkę, lecz gęsta i momentami wręcz duszna opowieść o tym, jak bardzo potrafimy sami siebie oszukiwać. Autorka rzuca nas w sam środek życia Anki, kobiety, która zawodowo jest mistrzynią w czytaniu ludzkich dusz, a prywatnie buduje wokół siebie mury tak wysokie, że nikt nie ma prawa ich przeskoczyć. Obserwowanie, jak ta jej precyzyjnie skonstruowana zbroja zaczyna pękać pod wpływem pierwszego prawdziwego uczucia, było dla mnie doświadczeniem niemal bolesnym, bo każda z nas ma w sobie taką cząstkę, która boi się odsłonić za bardzo.
Muszę przyznać otwarcie, że choć książka jest bardzo dobra i niesamowicie wciąga, to miałam takie momenty, w których zupełnie nie rozumiałam zachowania głównej bohaterki. Anka potrafi być irytująca w swoim wycofaniu i ucieczkach, a jej decyzje niejednokrotnie sprawiały, że miałam ochotę nią potrząsnąć i zapytać, dlaczego tak bardzo utrudnia sobie życie. To jednak tylko dowodzi, jak autentycznie została nakreślona ta postać – nie jest papierową laleczką, ale kobietą z krwi i kości, która ma prawo do błędów, nawet jeśli jako czytelniczka kompletnie się z nimi nie zgadzałam. Te chwile niezrozumienia dodawały całości pewnego pikanterii i sprawiały, że jeszcze mocniej angażowałam się w tę historię, próbując przeniknąć przez jej gruby pancerz.
Relacja z Wojtkiem została opisana z niezwykłą klasą, bez zbędnego patosu, a jednak z taką dawką napięcia intelektualnego, że niemal czułam ten magnetyzm między dojrzałym profesorem a wycofaną psychoterapeutką. To było spotkanie dwóch światów, które teoretycznie nie miały prawa się połączyć, a jednak stworzyły całość, która na chwilę pozwoliła bohaterce przestać walczyć ze światem. Najbardziej uderzyło mnie to, jak nagle i brutalnie ta sielanka została przerwana, zostawiając po sobie pustkę, którą każda kobieta po stracie rozpozna bezbłędnie – ten moment, gdy świat się kręci dalej, a ty stoisz w miejscu, próbując oddech po oddechu poskładać swoje roztrzaskane poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy na scenę wkracza Olgierd, syn Wojtka, dynamika powieści zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i przyznam szczerze, że moje serce biło wtedy znacznie szybciej. Między tą dwójką nie ma miejsca na uprzejmości czy delikatne podchody, jest za to brutalna szczerość, wzajemna niechęć i fascynacja, która parzy przez strony książki. Autorka genialnie oddała to narastające napięcie, gdzie każde słowo jest jak cięcie skalpelem, a każde spojrzenie staje się wyzwaniem rzuconym rozsądkowi. To relacja trudna, naznaczona cieniem przeszłości i poczuciem winy, co sprawia, że czytelnik do samego końca drży o to, czy ta destrukcyjna siła nie zniszczy ich obojga.
Anna Kulawik stworzyła portret psychologiczny, który zostaje pod powiekami na długo po lekturze, pokazując, że zawód terapeuty nie daje żadnego immunitetu na ból i błędy życiowe. Anka jest postacią fascynująco nieidealną i choć bywały momenty, gdy jej motywacje były dla mnie mgliste, to właśnie ta jej nieprzewidywalność czyni tę książkę tak wartą uwagi. Autorka zmusza nas do zadania sobie pytania, czy miłość rzeczywiście jest wyborem, czy może siłą wyższą, która uderza w nas wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy i w sposób, którego zupełnie nie akceptujemy. Ta walka serca z rozumem jest tu rozpisana na najdrobniejsze akordy, tworząc symfonię emocji, od których trudno się uwolnić.
W „Daleko od siebie” zachwycił mnie styl – surowy, a jednocześnie pełen ukrytego znaczenia, unikający tanich chwytów, za to uderzający tam, gdzie najbardziej boli. To proza dojrzała, skierowana do czytelniczek, które wiedzą, że życie rzadko pisze scenariusze z prostym happy endem i że czasem najtrudniejszą drogę musimy pokonać nie do drugiego człowieka, ale właśnie do samej siebie. Każdy rozdział przynosił nowe odkrycia, a sposób, w jaki przeszłość przeplata się z teraźniejszością, sprawia, że tę historię chłonie się wszystkimi zmysłami, czując niemal fizycznie ciężar tajemnic noszonych przez bohaterów.
Nie jest to książka o prostym pożądaniu, choć sceny między Anką a Olgierdem są naładowane takim erotyzmem, że powietrze w pokoju zdaje się gęstnieć. To przede wszystkim opowieść o odwadze, by przestać się tłumaczyć przed światem i zacząć żyć w zgodzie z własnym, nawet najbardziej skomplikowanym sercem. Prowokacja goni tu prowokację, a pod warstwą gniewu pulsuje coś tak delikatnego, że aż strach o tym myśleć, by nie zapeszyć tej kruchej nadziei na wybaczenie. Autorka nie oszczędza swoich postaci, rzuca je na głęboką wodę i każe nam patrzeć, jak próbują nie utonąć w oceanie wzajemnych pretensji i niewypowiedzianych żali.
Generalnie bardzo polecam tę lekturę wszystkim kobietom, które nie boją się trudnych tematów i szukają w książkach czegoś więcej niż tylko prostej rozrywki. To opowieść o tym, że czasem musimy odejść bardzo daleko od siebie, żeby w końcu móc się odnaleźć w ramionach kogoś, kto widzi naszą prawdziwą twarz pod wszystkimi maskami. Mimo moich chwilowych zgrzytów z Anką, uważam, że Anna Kulawik stworzyła coś wyjątkowego, co porusza najczulsze struny i zostawia trwały ślad w duszy. Ta książka to po prostu kawał solidnej, emocjonalnej literatury, obok której nie da się przejść obojętnie.
