„Mgła. W powojennej Jeleniej Górze” – Leszek Żuk

„Ciało wydawało się wielką groteskową pacynką, którą jakiś olbrzym zdjął z dłoni po skończonym przedstawieniu i niedbale rzucił na ziemię. Szeroko rozpostarte ramiona i noga nienaturalnie podwinięta pod korpus wyglądały jak szmaciane. A otwarte oczy nieodparcie przywodziły na myśl szklane paciorki.”
Tymi słowami Leszek Żuk otwiera swój kryminał „Mgła. W powojennej Jeleniej Górze” – i już od pierwszego zdania wiadomo, że nie będzie to lekka opowieść. Autor z finezją wprowadza czytelnika w mroczny klimat miasta, które dopiero co podniosło się z wojennego chaosu. To nie tylko historia o zbrodni, ale też o ludzkich emocjach, o winie, pamięci i o tym, co zostaje, gdy kurz wojny jeszcze nie zdążył opaść.
Niezmiernie cieszy mnie, że akcja powieści rozgrywa się właśnie w moim mieście. Jelenia Góra tuż po wojnie – pełna niepokoju, tajemnic i niedopowiedzeń – staje się jednym z bohaterów tej historii. Czytając, miałam wrażenie, że idę tymi samymi ulicami, którymi codziennie spaceruję. Że patrzę na Grzybek na Wzgórzu Krzywoustego, ale nie ten dzisiejszy, uporządkowany i spokojny, lecz jego dawną, pełną cieni wersję, w której można się zgubić – dosłownie i metaforycznie.
Leszek Żuk ma dar oddawania nastroju miejsca. Opisy Jeleniej Góry są nie tylko realistyczne, ale też pełne emocji – czasem melancholijne, czasem niepokojące. Autor zdaje się znać to miasto jak własną kieszeń, a jednocześnie pokazuje je z perspektywy, która sprawia, że nawet znane zaułki nabierają tajemniczego blasku. To ogromna przyjemność – wędrować wraz z bohaterami po znajomych ulicach i zakamarkach, ale w zupełnie innym czasie, gdy na każdym rogu czaiła się niepewność.
Fabuła „Mgły. W powojennej Jeleniej Górze” jest spójna, przemyślana i logicznie poprowadzona. Widać, że Żuk doskonale czuje konwencję kryminału, ale nie ogranicza się do jej ram. Wątki historyczne i obyczajowe płynnie przeplatają się z dochodzeniem milicji, a każde wydarzenie ma swoje uzasadnienie. Nie ma tu przypadkowych scen – wszystko prowadzi do rozwiązania, które zaskakuje, nawet jeśli w trakcie lektury wydaje nam się, że już wiemy, kto zawinił.
Postacie są wiarygodne, niejednoznaczne, a przez to bardzo ludzkie. Milicjant prowadzący śledztwo nie jest typowym bohaterem z powojennych kryminałów – to człowiek z przeszłością, z wątpliwościami, który sam nie do końca potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jego perspektywa wciąga i budzi sympatię, nawet wtedy, gdy popełnia błędy. A ofiara, ów historyk sztuki, okazuje się kimś znacznie więcej niż tylko przypadkową postacią, co dodaje historii głębi.
Atmosfera książki jest gęsta, chwilami duszna – jak tytułowa mgła, która spowija nie tylko miasto, ale też ludzkie sumienia. Żuk umiejętnie buduje napięcie, nie uciekając się do tanich sztuczek. Jego styl jest oszczędny, ale pełen znaczeń; każde zdanie ma swój ciężar. To sprawia, że czytelnik niemal czuje chłód poranka nad Wzgórzem Krzywoustego i dreszcz niepokoju, gdy wraz z bohaterem odkrywa kolejne tropy.
Szkoda tylko, że „Mgła. W powojennej Jeleniej Górze” jest tak krótka. Gdy zdążyłam już w pełni zanurzyć się w tej powojennej Jeleniej Górze, gdy zaprzyjaźniłam się z bohaterami i wciągnęłam w intrygę – historia się kończy. Ale może w tym tkwi jej siła: zostawia niedosyt, który długo nie pozwala o sobie zapomnieć.
Zakończenie „Mgły. W powojennej Jeleniej Górze” naprawdę zaskakuje. Nie jest to proste rozwiązanie zagadki, ale raczej mocny, emocjonalny akcent, który skłania do refleksji nad ludzkimi wyborami i ceną, jaką płaci się za przeszłość. Leszek Żuk udowodnił, że potrafi napisać kryminał nie tylko trzymający w napięciu, ale też głęboki w treści. I choć mgła nad Jelenią Górą w końcu się podnosi, w głowie czytelnika pozostaje jeszcze długo po ostatniej stronie.
