„Opowieść prawie wigilijna” – Aleksandra Rak

„[…] Czasami wystarczy jedno zdanie, a zaczynasz dzielić swoje życie na to przed i po.”
Ach, cóż to była za lektura! Otuliła mnie jak ciepły koc w ten chłodny, przedświąteczny czas, choć muszę przyznać, że historia Marcjanny momentami była… mrożąca. „Opowieść prawie wigilijna” Aleksandry Rak to książka, która pięknie wpisuje się w ten magiczny okres, ale nie jest przy tym cukierkowa – ma w sobie tę głębię, której tak szukam w powieściach obyczajowych.
Marcjanna, nasza główna bohaterka, jest antytezą bożonarodzeniowej radości. To kobieta sukcesu, twarda, elegancka, poukładana w każdym calu, a jej serce na dźwięk „Last Christmas” chyba zamienia się w bryłę lodu. Autorka bardzo sprawnie kreuje ten chłodny wizerunek współczesnego Scrooge’a, pozwalając nam zajrzeć za fasadę perfekcjonizmu i niechęci do świata.
Prawdziwa tragedia, jaka spotkała ją kilka lat temu, rzuca długi cień na całe jej życie. To zrozumiałe, że Marcjanna odgradza się murem od świątecznej gorączki, bo każde światełko czy kolęda przywołuje bolesne wspomnienia. Ten element psychologiczny, ten ból, który kryje się za jej niechęcią do celebrowania, jest bardzo autentyczny i świetnie poprowadzony. To nie jest tylko kaprys, to głęboka rana.
Kiedy jednak Marcjanna zostaje postawiona w ekstremalnej sytuacji – groźba utraty firmy i ten nieszczęsny wypadek samochodowy – jej poukładany świat zaczyna się sypać. To właśnie w tych momentach, kiedy jest najbardziej bezbronna, zaczyna się prawdziwa, choć bolesna, przemiana. Autorka zmusza bohaterkę do konfrontacji z samą sobą i tym, co w życiu naprawdę ważne.
Bardzo poruszyła mnie rola rodziny i bliskich, którzy, mimo odtrącenia, nie rezygnują z próby dotarcia do Marcjanny. Czuła opieka i bezwarunkowa miłość stają się w tej historii tym katalizatorem cudu, o którym mowa w opisie. To piękny motyw pokazujący, że czasem potrzebujemy wstrząsu, by otworzyć się na dobro i pomoc.
A sceneria? Ach, ten prószący za oknem śnieg! Jest idealny, wręcz wymarzony do tego typu historii. Autorka maluje obrazy, które chciałabym zobaczyć na własne oczy, tworząc ten świąteczny klimat, który, mimo zimnej Marcjanny, i tak przenika przez strony. To naprawdę potrafi zbudować tę niepowtarzalną atmosferę.
Muszę przyznać, że chociaż „Wioska małych cudów” w zeszłym roku postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko i była dla mnie ciut bardziej wzruszająca, to „Opowieść prawie wigilijna” wcale nie odstaje jakościowo. Porusza trudne tematy – żałoby, straty, ale też nadziei i siły, jaką daje drugiemu człowiekowi bliskość. To mądra i potrzebna opowieść.
Dlatego gorąco polecam tę lekturę wszystkim, którzy szukają w świątecznej literaturze czegoś więcej niż tylko lukru. To książka o tym, że najpiękniejszym prezentem są wspomnienia i możliwość stania się lepszą wersją siebie. A cuda? One się zdarzają, ale trzeba im dać szansę.
