„Świeć gwiazdeczko mała świeć” – Ewa Formella

„Chłodny wiatr w towarzystwie promieni słonecznych rozświetlających wielki ogród sprawił, że znów poczuła iskierki szczęścia.[…] Pomyślała, że ten dzień w tej pięknej zimowej otoczce przyniesie im coś dobrego.”
Zaskakujący początek tej historii od razu chwyta za serce. Ewa Formella w powieści „Świeć gwiazdeczko mała, świeć” nie czeka, aż czytelnik się rozsiądzie – już od pierwszych stron wrzuca nas w wir emocji, w których nadzieja miesza się z bólem, a decyzje bohaterów zdają się ważyć więcej, niż mogłoby się wydawać. Magda i Krystian Kozielscy, młode małżeństwo, które próbuje na nowo ułożyć swoje życie po dramatycznych wydarzeniach, od początku wzbudzają empatię. Ich historia nie jest cukierkowa, ale prawdziwa – o ranach, które dopiero uczą się goić.
Po tak mocnym początku fabuła zwalnia, nabiera spokoju i ciepła. Autorka z niezwykłą delikatnością prowadzi nas przez emocje swoich bohaterów, pozwalając, byśmy poznali ich od środka. To opowieść o tym, jak trudno, ale i jak pięknie jest otworzyć serce na nowo – zwłaszcza wtedy, gdy los daje drugą szansę.
W tle tej historii pojawia się sopocki dom dziecka i czwórka rodzeństwa, które również doświadczyło utraty i tęsknoty. Spotkanie tych dwojga światów – dorosłych, którzy próbują odnaleźć sens, i dzieci, które straciły wszystko – staje się punktem zwrotnym całej powieści. Ewa Formella tworzy z tego coś niezwykle prawdziwego i ciepłego, unikając sztucznego patosu.
Z każdym rozdziałem historia staje się coraz bardziej świąteczna, nie tylko z powodu zbliżających się świąt, ale przez atmosferę, jaką autorka potrafi zbudować słowem. Na spokojnie, z wyczuciem i czułością wprowadza nas w klimat grudniowych dni – pełnych światełek, zapachu cynamonu i nutki nadziei, która unosi się w powietrzu.
Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że czas zwalnia. Mimo że był dopiero listopad, miałam ochotę wyjąć foremki do pierników, nastawić piernik staropolski i ozdabiać dom lampkami. Ten niezwykły nastrój, który Formella potrafi oddać bez przesady i słodyczy, sprawia, że człowiek od razu chce przytulić się do świata.
W „Świeć gwiazdeczko mała, świeć” nie brakuje trudnych momentów – decyzji, które kosztują, wspomnień, które bolą. A jednak nad wszystkim unosi się wiara, że nawet z największego chaosu może narodzić się coś dobrego. To książka o rodzinie, która nie zawsze jest dana z krwi, ale zawsze z serca.
Zakończenie daje nadzieję na dalszy ciąg opowieści – jest w nim coś niedopowiedzianego, jakby autorka chciała zostawić czytelnikowi przestrzeń na własne marzenia. Nie wszystko zostaje rozwiązane, ale właśnie w tym tkwi urok tej historii: w obietnicy, że dobro zawsze ma szansę się odnaleźć.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy gdzieś po drodze zapomnieli, jak pachnie świąteczny czas. To opowieść, która nie tylko przywraca wiarę w ludzi, ale też rozgrzewa serce – jak pierwsza filiżanka gorącej herbaty wypita przy migoczących światełkach choinki.
