„Nic takiego” – Katarzyna Puzyńska

„Nic takiego. Jak wiele można zmieścić w dwóch słowach, które pozornie znaczą dokładnie coś odwrotnego. […] Nic takiego sugeruje, że nie chce się o tym rozmawiać, a jednak zostawia furtkę, żeby ktoś mógł zapytać o więcej. Bo często jeśli ktoś mówi, że nic się nie dzieje, jednak czeka, żeby ktoś pomógł.”
Sięgając po „Nic takiego”, czułam tę specyficzną ekscytację, która towarzyszy spotkaniom z twórczością sprawdzonych, ulubionych autorów. Katarzyna Puzyńska powraca do nas z czymś nowym, co – choć świeże – niesie ze sobą ten niepodrabialny styl, za który pokochały ją tysiące czytelniczek. To niezwykłe uczucie, gdy otwiera się pierwszą stronę i od razu wie się, że jest się w dobrych rękach, a autorka, jak zwykle niezawodna, zabiera nas w podróż, z której nie będziemy chciały wrócić do rzeczywistości.
Tym razem wkraczamy w świat prokuratora Grzegorza Hali, postaci skomplikowanej i wielowymiarowej. Jego uporządkowane życie, w którym starał się oddzielać sferę prywatną od zawodowej, zaczyna się sypać przez serię tajemniczych anonimów. Te listy, nawiązujące do bolesnych wydarzeń z przeszłości, to mistrzowskie zawiązanie akcji. Czytelniczka od razu zadaje sobie pytanie: czy to chora gra mordercy, który chce wciągnąć prokuratora w swoją sieć? Napięcie rośnie z każdym kolejnym rozdziałem.
Równolegle śledzimy sprawę brutalnego morderstwa w willi w Zalesiu. Ofiarą pada Tadeusz Bacewicz, milioner, który i tak był już na łożu śmierci. To jeden z tych intrygujących motywów, które Puzyńska potrafi świetnie rozegrać – po co zabijać kogoś, kto za chwilę sam umrze? Motyw zmiany testamentu wydaje się oczywisty, ale u tej autorki to, co leży na wierzchu, rzadko bywa ostatecznym rozwiązaniem zagadki, czego nauczyłam się przez lata lektury jej książek.
Na scenę wkracza też ciekawy duet śledczy. Podkomisarz Michalina Murawska, która wraca do Piaseczna z bagażem prywatnych problemów, liczy, że ta sprawa uratuje jej karierę. Jej postać jest bardzo ludzka, pełna wątpliwości i determinacji. Jednak to jej współpraca z nieprzewidywalną podkomisarz Kają Dalke dodaje fabule pikanterii. Relacje między tymi kobietami, a także ich nieufność względem prokuratora Hali, budują gęstą atmosferę podejrzeń.
Autorka doskonale komplikuje dochodzenie, wprowadzając postać dziennikarki śledczej, będącej jednocześnie córką zamordowanego milionera. To, jak ta kobieta wyprzedza ruchy policji i miesza w śledztwie, jest doprawdy irytujące dla bohaterów, ale fascynujące dla mnie jako odbiorczyni. Jej wiedza o mrocznej przeszłości Murawskiej dodaje kolejną warstwę tajemnicy, sprawiając, że historia staje się wielowątkową łamigłówką.
Muszę przyznać, że Katarzyna Puzyńska w „Nic takiego” znów udowadnia, że jest mistrzynią mącenia w fabule. Kiedy wydawało mi się, że już chwytam nitkę prowadzącą do kłębka, autorka nagle zmieniała kierunek, a ja zostawałam z kolejnymi pytaniami. Trup ściele się gęsto, a elementy thrillera psychologicznego idealnie przeplatają się z klasycznym kryminałem. Ciężko jest odnaleźć rozwiązanie przed ostatnimi stronami, co w moich oczach jest największym atutem.
Dla wiernych fanek autorki przygotowano też mały smaczek – choćby przypadkowe zajrzenie do Lipowa sprawiło, że serce zabiło mi mocniej. To mrugnięcie okiem do czytelniczki, która jest z pisarką od lat, było niezwykle miłym akcentem. Nowi bohaterowie, policjantki z tajemniczą przeszłością i niejednoznaczny pan prokurator, zapowiadają, że szykuje się naprawdę niezły, soczysty cykl, który ma potencjał dorównać popularnością poprzedniej sadze.
Jednak to zakończenie… Pozostawiło we mnie ogromny niedosyt i postawiło kolejne pytania bez odpowiedzi, co sprawia, że już teraz niecierpliwie przebieram nogami w oczekiwaniu na kontynuację. Pani Katarzyno, tego nie robi się czytelniczkom! Zostawienie nas w takim momencie to prawdziwa tortura, ale jednocześnie najlepsza zachęta, by czekać na kolejny tom. Czekam bardzo na dalsze losy bohaterów.
