„Święto Karkonoszy” – Sławek Gortych

ksiazkowyzaulek 

„Nawet nie zdążył pomyśleć, że czasem jedna pochopna decyzja w pozornie błahej sprawie może zmienić całe życie.”

No i stało się, za mną kolejna czytelnicza podróż w moje ukochane Karkonosze, choć tym razem muszę to przyznać z ręką na sercu, nie była to podróż tak płynna i bezproblemowa, jak przy poprzednich tomach. Sławek Gortych przyzwyczaił mnie do niezwykle wysokiego poziomu, dlatego na „Święto Karkonoszy” czekałam z zapartym tchem i ogromnymi nadziejami. Jako rodowita jeleniogórzanka zawsze z dumnym i mocniej bijącym sercem sięgam po literaturę, której akcja osadzona jest w moich rodzinnych stronach, na tej naszej pięknej, karkonoskiej ziemi. Z reguły takie książki po prostu pochłaniam w jeden, góra dwa wieczory, zapominając o całym świecie i bożym świecie dookoła, jednak tym razem los, a raczej fabuła, spłatała mi małego figla.

Początek tej historii okazał się dla mnie niestety wyjątkowo trudny i odrobinę nużący, przez co z trudem wgryzałam się w kolejne strony. Autor rzuca nas w dwa zupełnie różne plany czasowe, z jednej strony pokazując bolesny rok 1948 i losy Bronisława Kowalewskiego, który próbuje odnaleźć się w powojennym Hirschbergu, z drugiej zaś przenosząc nas do roku 2008, gdzie podczas rajdu giną przyjaciele syna Bronisława, Roberta. Ta podwójna narracja, choć intrygująca, w pierwszej części książki strasznie mi się rwała i nie potrafiłam złapać odpowiedniego rytmu, który pozwoliłby mi zatracić się w tej opowieści od pierwszego zdania. Moje czytelnicze serce domagało się natychmiastowych emocji, a dostałam powolne, wręcz laboratoryjne budowanie napięcia.

Dopiero gdzieś w połowie książki nastąpił ten upragniony moment zwrotu, akcja nagle ruszyła z kopyta, a fabuła wreszcie mnie porwała i nie chciała puścić aż do samego finału. Kiedy Robert pojawia się przerażony w schronisku Nad Śnieżnymi Kotłami, a Maksymilian Rajczakowski rusza na ratunek w upiorną karkonoską noc, w powietrzu zaczyna unosić się ten dobrze mi znany, gęsty mrok. Wtedy właśnie poczułam te specyficzne ciarki na plecach, które tak uwielbiam podczas lektury dobrych kryminałów. Pytania o to, co stało się z zaginionymi i czyje zwłoki ukryto w ogrodzie rodzinnego domu Kowalewskich, zaczęły krążyć w mojej głowie i nie pozwalały mi zasnąć.

Muszę jednak wspomnieć o czymś, co podczas czytania wywołało we mnie spore zmieszanie, a mianowicie o autentycznych wstawkach z gazet z tamtego okresu historycznego. Zastanawiam się mocno nad sensem umieszczenia niektórych z nich w tej powieści, ponieważ moje odczucia są bardzo mieszane. Owszem, niektóre z tych wycinków prasowych naprawdę fajnie współgrały z bieżącą treścią książki, dodając jej niesamowitego, historycznego tła i smaku. Niestety, część z nich uważam za nieco oderwane od głównej osi fabularnej, przez co odnosiłam wrażenie, że sztucznie hamują akcję i wybijają mnie z rytmu, kiedy akurat chciałam dowiedzieć się, co wydarzy się dalej.

Mimo tych drobnych potknięć i faktu, że ta powieść nie powaliła mnie na kolana tak spektakularnie jak poprzednie, to sama historia ma w sobie ogromną siłę rażenia, głównie dlatego, że mogłaby wydarzyć się naprawdę. To, co niezmiennie i z całego serca cenię u Sławka Gortycha, to jego absolutnie genialny reaserch oraz fakty historyczne, które z niesamowitą pieczołowitością wyciąga z mrocznych archiwów. Dla mnie, jako dla lokalnej patriotki, ta dbałość o detale topograficzne i historyczne Jeleniej Góry oraz okolicznych schronisk, jak Odrodzenie czy Nad Śnieżnymi Kotłami, jest po prostu bezcenna. Autor doskonale oddał klimat powojennego przesiedlenia, ten bolesny proces, w którym obcy ludzie musieli oswoić niemiecki Hirschberg i uczynić go swoim nowym domem.

Przemiana Bronisława, który dzięki niemieckiej autochtonce Emmie zaczyna rozumieć złożoność sytuacji repatriantów, to jeden z najgłębszych i najbardziej poruszających motywów tej książki. Pokazuje ona, jak trudne były początki tworzenia nowej tożsamości tych ziem i jak wielką cenę trzeba było zapłacić za próbę walki o własne marzenia w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Sławek Gortych nie boi się trudnych tematów i potrafi pisać o nich z ogromnym wyczuciem, co ratuje tę książkę w momentach, gdy warstwa ściśle kryminalna zaczyna lekko kuleć. To właśnie ta warstwa obyczajowo-historyczna sprawia, że ostatecznie nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na lekturze.

Podsumowując moje wrażenia z tej karkonoskiej wyprawy, uważam, że piąty tom serii jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto zdążył już pokochać ten literacki cykl. Choć nie jest to książka idealna i wymaga od czytelnika odrobiny cierpliwości na samym początku, to ostatecznie broni się klimatem, prawdą historyczną i miłością do gór, którą czuć na każdej stronie. Z czystym sumieniem polecam tę powieść wszystkim, którzy znają już dobrze twórczość Sławka, jak i tym, którzy dopiero chcą wkroczyć w te rejony, a po prostu lubią mroczne, tajemnicze i przesiąknięte historią klimaty. Karkonosze potrafią być bezwzględne, ale w wydaniu tego autora zawsze mają w sobie coś magnetycznego, co każe nam do nich wracać, niezależnie od liczby wad, jakie znajdziemy po drodze.

Recommended Posts

powieść obyczajowa powieść z historią w tle romans współpraca recenzencka

„To nie było na zawsze” – Gabriela Gargaś

„Bo nagle zrozumiał, że wojna nie skończyła się wtedy, gdy ucichły strzały. Ona trwała w nich – w sercach, w domach w pamięci.” Dziś na moim tapecie ląduje najnowsza, niezwykle poruszająca powieść, którą napisała Gabriela Gargaś, a nosi ona niezwykle wymowny tytuł „To nie było na zawsze”. Jako czytelniczka z wieloletnim doświadczeniem muszę przyznać, że […]

ksiazkowyzaulek 

„Święto Karkonoszy” – Sławek Gortych

„Nawet nie zdążył pomyśleć, że czasem jedna pochopna decyzja w pozornie błahej sprawie może zmienić całe życie.” No i stało się, za mną kolejna czytelnicza podróż w moje ukochane Karkonosze, choć tym razem muszę to przyznać z ręką na sercu, nie była to podróż tak płynna i bezproblemowa, jak przy poprzednich tomach. Sławek Gortych przyzwyczaił […]

ksiazkowyzaulek 
kryminał sensacja thriller

„Zimny jad” – Aneta Sołopa

„Sama miłość czasami nie wystarczy, żeby kogoś chronić, bo wtedy spojrzenie jest nieobiektywne, nie wyczuwa się zagrożenia.” Wygląda na to, że trafiłam na kolejną pozycję, która idealnie wpasowała się w moje plany na szybki, niezobowiązujący relaks. Kiedy brałam do ręki „Zimny jad” Anety Sołopy, nie spodziewałam się głębokiej literatury pięknej, ale liczyłam na solidną dawkę […]

ksiazkowyzaulek 

Leave A Comment