„Król potępionych” – Zuzanna Staniec

„Czasem… stare historie wcale się nie kończą. One tylko czekają. I dlatego musimy wiedzieć, skąd pochodzimy… zanim ktoś inny nam o tym przypomni.”
Każda opowieść jest raną w trakcie powstawania, a „Król Potępionych” to rana, która po lekturze drugiego tomu długo się nie zagoi. Zuzanna Staniec powraca z kontynuacją, która dosłownie i w przenośni rozrywa na strzępy wszystko, co do tej pory zbudowała w naszych głowach. Jeśli po pierwszym tomie myślałyście, że wiecie, w jakim kierunku zmierza ta historia, to przygotujcie się na emocjonalny burt, bo autorka bezlitośnie obnaża przed nami prawdę, od której nie ma już ucieczki.
Sposób, w jaki ta książka została napisana, to czysta, literacka precyzja, która hipnotyzuje od pierwszego zdania. Styl autorki ewoluował w stronę mrocznej, gęstej elegancji – każde słowo waży tu tyle, co kamienie w murach zamku Luciena w toskańskim Taverno. Autorka bawi się kontrastami z taką lekkością, że momentami zapominałam o oddychaniu; potrafi zderzyć brutalny, krwawy trening w lochach z nonszalanckim wyjściem na zakupy do luksusowego butiku, gdzie zapach drogich perfum miesza się z podskórnym strachem.
Nora, którą przyjdzie nam teraz obserwować, nie jest już tą samą dziewczyną z Pensylwanii, którą znałyśmy. Obudzona w niej potęga, ten nieludzki bursztyn błyszczący w oczach, to nie dar, ale piętno i wyrok samotności. Śledzenie jej wewnętrznej walki, tego rozdarcia między wściekłością na kłamstwa z przeszłości a rodzącą się fascynacją nowym, mrocznym światem, było wręcz bolesne. Stałam się niemym świadkiem tego, jak dawna Nora bezpowrotnie znika pod ciężarem dziedzictwa trzech linii genetycznych.
A Theo? Mój lojalny, cichy Theo, który przez lata był kotwicą Nory, w tym tomie dostaje własny, niezwykle przejmujący głos. Sceny, w których uczy Norę kontroli nad iskrą ognia, czy momenty czystej empatii na zapomnianej polanie nad jeziorem, dosłownie rozdzierały mi serce. To bohater, który woli przyjąć na siebie każdy cios i każdą nienawiść, byle tylko ona mogła bezpiecznie oddychać, i ta jego bezwarunkowa bliskość jest najjaśniejszym punktem w całej tej zamkowej dekoracji.
Lucien Moretti to z kolei postać, która kradnie każdą scenę, w jakiej się pojawia – jego magnetyzm jest równie fascynujący, co przerażający. Rozmowy przy czarnym fortepianie o Chopinie, renesansowej sztuce i prawdzie ukrytej w piwnicach pokazują, że Król Potępionych nie potrzebuje krzyku ani gróźb, by kontrolować cały wszechświat; jemu wystarczy jedno spojrzenie i obecność, która dławi głos w gardle. Zuzanna Staniec stworzyła antagonistę idealnego, którego intencji do samego końca nie potrafiłam rozszyfrować.
Atmosfera tej powieści gęstnieje z rozdziału na rozdział, osiągając apogeum podczas dorocznego balu siedmiu nieśmiertelnych rodów. Ta cała hierarchia, maski skrywające nieludzkie zamiary i plotki szeptane nad kieliszkami Chianti tworzą spektakl hipokryzji, który autorka w pewnym momencie brutalnie i krwawo przerywa. Końcówka tomu to już czysty, bezwzględny rollercoaster – sabat uderza w samo serce zamku, barierki pękają, a lojalność zamienia się w mechaniczną rzeź, z której nie ma dobrego wyjścia.
Ucieczka w nieznane, w mrok i dym płonących wież, zostawia nas na granicy szału i z tysiącem pytań bez odpowiedzi. Zuzanna Staniec nie daje nam taryfy ulgowej, rzuca nas prosto w otchłań i zmusza do czekania na to, co przyniesie los. Na szczęście to nie koniec tej popierdolonej gry o przetrwanie, bo oficjalnie ogłoszono już, że powstanie tom 3 zatytułowany „Imperatyw”, który zabierze nas prosto na niebezpieczne bagna Luizjany.
