„Wakacje po włosku” – Katarzyna Kielecka

„A puścicie mnie w ferie z Kermitem do Katowic? Jego dziadek nas zaprosił i obiecał ciekawe wycieczki, więc nie wykluczam, że przy okazji się czegoś nauczę.”
Kiedy sięgam po nowości od Katarzyny Kieleckiej, to nigdy tak naprawdę nie wiem, czego się spodziewać i na jaki emocjonalny rollercoaster tym razem wsiądę. Dokładnie tak samo było w przypadku jej najnowszej powieści pod tytułem „Wakacje po włosku”, bo jak doskonale wiecie z moich wcześniejszych wpisów, z reguły unikam czytania opisów na okładkach, żeby nie psuć sobie niespodzianki. Byłam święcie przekonana, że czeka mnie lekki, wręcz przesłodzony romansik pod gorącym, włoskim niebem, przy którym miło spędzę leniwe popołudnie. Tymczasem dostałam coś zupełnie innego, co totalnie mnie zaskoczyło, rozbroiło i sprawiło, że do teraz zbieram myśli po tej genialnej, choć momentami szalonej lekturze.
Największym zaskoczeniem, o którym dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu całej książki, był fakt, że ta opowieść została oparta na autentycznych wydarzeniach. I wiecie co, teraz już oficjalnie mam ogromnego stracha przed poruszaniem się własnym autem po krajach południowej Europy i chyba długo nikt mnie nie namówi na taką podróż. Oczywiście mam świadomość, że poważna awaria samochodu może zdarzyć się absolutnie wszędzie, nawet na prostej drodze pod domem, ale ten specyficzny luz i wieczny czas, jaki mają mieszkańcy południa kontynentu, dla nas może być niesamowicie stresujący. Ta włoska sielanka połączona z biurokratycznym chaosem w obliczu kryzysu potrafi momentalnie podnieść ciśnienie, co autorka oddała wprost genialnie.
W książce „Wakacje po włosku” autorka pokazuje przepięknie, a przy tym niesamowicie realistycznie, jak wyglądają współczesne rodzinne wakacje z dwójką niemal dorosłych już dzieci. Dostajemy tutaj portret rodziny Sarneckich – taki stuprocentowo rzeczywisty, bez zbędnego ubarwień, bez instagramowych filtrów i udawania, że na urlopie wszyscy cały czas trzymają się za ręce. Choć moje własne pociechy są jeszcze ciut młodsze, to czytając o perypetiach tej ekipy, widziałam w ich zachowaniach lustrzane odbicie naszych własnych wypraw. Muszę przyznać, że autentycznie obawiam się, że za kilka lat dokładnie tak samo będą zachowywać się moje dzieci, ignorując piękne widoki na rzecz innych, własnych spraw.
Z ogromnym zaangażowaniem śledziłam losy poszczególnych bohaterów, z których każdy wnosił do tej podróży swój własny, unikalny miks emocjonalny i charakterologiczny. Mamy tutaj totalnego fatalistę Tadeusza, który musi zmierzyć się z absolutnie absurdalnymi i groteskowymi efektami działań włoskiej firmy ubezpieczeniowej. Jest też Joanna, z którą osobiście ogromnie się utożsamiałam, bo kobieta z trudem znosi całkowity brak kontroli nad tą kryzysową sytuacją, a jednocześnie, jak na złość, próbuje zdalnie i bezbłędnie wywiązać się ze swoich codziennych obowiązków zawodowych.
Młodsze pokolenie wcale nie ułatwia rodzicom przetrwania tego urlopowego armagedonu, co tworzy mnóstwo przezabawnych, choć momentami dramatycznych sytuacji. Ich córka Tosia myślami jest już zupełnie gdzie indziej, odliczając dni do upragnionych praktyk studenckich w Akwarium Gdyńskim, przez co włoskie jezioro Garda niewiele ją obchodzi. Z kolei nastoletni syn Kostek reprezentuje klasyczny obraz współczesnego młodzieńca, ponieważ praktycznie nie odkleja wzroku od ekranu swojego smartfona, o ile akurat w danej minucie głośno nie domaga się jedzenia. W tym całym rodzinnym szaleństwie jedynym bohaterem, który zachowuje względny rozsądek i stoicki spokój, okazuje się ich uroczy pies Wafel.
Ta książka to niesamowicie ciepła, przewrotnie zabawna i pełna prawdziwego, południowego temperamentu tragikomedia, która pod warstwą humoru niesie ze sobą bardzo mądre przesłanie. Pokazuje nam z całą mocą, jak wielka siła tkwi w rodzinnych więziach i jak bardzo potrzebny jest nam spokój w momentach, gdy wszystko wokół zaczyna się bezlitośnie sypać. Mimo tego całego komizmu sytuacji, przez cały czas z tyłu głowy rezonował we mnie ten niepokojący fakt, że ta historia wydarzyła się naprawdę, co z jednej strony niesamowicie bawi, a z drugiej strony potrafi odrobinę przerazić każdego kierowcę.
Przekonałam się po raz kolejny, że to, co w trakcie podróży jest dla nas najtrudniejsze, najbardziej stresujące i zupełnie niezgodne z wcześniejszym planem, paradoksalnie najmocniej zapada nam w pamięć i zostaje w sercu na długie lata. Zamiast idealnych, pocztówkowych widoków, to właśnie te wspólne kryzysy, absurdalne awarie i próby wyjścia z nich obronną ręką budują najtrwalsze i najpiękniejsze rodzinne wspomnienia, z których po czasie można się wspólnie pośmiać. Kielecka ma niesamowite pióro do tworzenia dialogów, które brzmią niezwykle naturalnie, dzięki czemu przez tę historię dosłownie się płynie.
Z całego serca polecam Wam powieść „Wakacje po włosku” na każdy leniwy, wieczorny, letni dzień, ponieważ ta lekka, ale i dająca do myślenia fabuła idealnie komponuje się z wakacyjną aurą. Cieszę się, że Wydawnictwo Dobre Strony wypuściło tę książkę, dając nam idealną lekturę ku przestrodze i ku pokrzepieniu serc przed naszymi własnymi wakacyjnymi wyjazdami. Dla mnie była to niesamowicie odświeżająca przygoda literacka, która przypomniała mi, że w podróży najważniejsze to mieć obok siebie ludzi, z którymi nawet największa katastrofa staje się znośna i zamienia się w niezapomnianą przygodę.
