„Powiertucha” – Natalia Przeździk

„Wioska, która kiedyś niemal wymarła wskutek akcji Wisła, wysiedlono prawie wszystkich mieszkańców i która teraz znowu tętniła życiem, choć schronienie znaleźli tu nie tylko wracający z obczyzny Łemkowie, ale też ludzie przyjeżdżający tu przez lata w poszukiwaniu dobrego miejsca do życia. Tu, na pograniczu, między lasem a doliną, między cerkwią a kościołem, między przeszłością a teraźniejszością, między tęsknotą za tym, co odeszło, a nadzieją na lepsze jutro, poszarpana przez dwie wojny i powojenną historię Tymianowa przypominała szatę pokrytą kolorowymi łatami, z których na pierwszy rzut oka żadna do siebie nie pasowała, ale razem tworzyły coś niezwykłego.”
Kiedy zamykam ostatnią stronę i odkładam książkę na kolana, przez dłuższą chwilę siedzę w ciszy, pozwalając, by beskidzkie powietrze powoli ulatywało z mojego pokoju. Do Tymianowej wraca się po prostu jak do domu, do miejsca, gdzie czas płynie zupełnie innym rytmem, a zapach ziół i starego drewna wręcz unosi się nad kartkami. Z ogromną tęsknotą wyczekiwałam tego spotkania, a ponowne przekroczenie progu tej wyjątkowej wsi wywołało we mnie falę tak czystego, głębokiego komfortu, jakiego dawno nie czułam przy żadnej lekturze. Natalia Przeździk ma ten niesamowity dar malowania słowem, który sprawia, że fikcja literackia przestaje być tylko czarnym drukiem na papierze, a staje się namacalną rzeczywistością, w której chce się trwać bez końca.
Przenosząc się po raz kolejny w te malownicze rejony, miałam wrażenie, że nie czytam o obcych ludziach, ale odwiedzam starych, dobrych znajomych, z którymi zjadłam już niejedną beczkę soli. Bohaterowie są już ze mną tak mocno zaprzyjaźnieni, że ich troski odczuwam jak własne, a każda radość wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Autorka potrafi pisać o ludzkich losach w sposób niezwykle czuły, bez oceniania i bez zbędnego patosu, dzięki czemu Marta, Elwira czy Nadia stają się kobietami z krwi i kości, w których przeglądam się niczym w lustrze. To niesamowite, jak bliskie mogą stać się papierowe postaci, kiedy pisarz tchnie w nie autentyczne, bolesne, ale i piękne emocje, pozwalając im popełniać błędy i uczyć się życia na nowo.
W powieści „Powiertucha” zachwyciło mnie przede wszystkim to, jak głęboko i naturalnie autorka zanurza nas w tożsamości tego regionu. Czytając tę historię, można się tak niesamowicie dużo dowiedzieć o przeszłości, tradycjach oraz skomplikowanej kulturze ludności zamieszkującej pogranicze, że książka staje się czymś znacznie większym niż tylko obyczajową opowieścią. Z zapartym tchem chłonęłam każdy detal, każdy regionalizm i wierzenie, które idealnie dopełniały tę beskidzką codzienność, nasyconą letnim słońcem i cieniem dawnych tajemnic. To nie jest jedynie tło dla miłosnych uniesień czy lokalnych intryg, ale pełnoprawny, pulsujący życiem element świata przedstawionego, który definiuje wszystko dookoła.
Dzięki tej lekturze można bardzo blisko zapoznać się z Łemkami, z ich niezwykłą wrażliwością, duchowością i bolesnym dziedzictwem, które wciąż rezonuje w tamtejszych lasach i dolinach. Natalia Przeździk z ogromnym szacunkiem i delikatnością tka tę opowieść, przypominając nam, jak ważne, by przypominać o ich historii, o wysiedleniach, o trudnym sąsiedztwie i o śladach, które zacierają się na starych cmentarzach czy w opuszczonych chyżach. Dla mnie, jako czytelniczki poszukującej w literaturze czegoś głębszego, ta lekcja pamięci była niezwykle poruszającym doświadczeniem, które zmusiło mnie do refleksji nad tym, jak mocno przeszłość definiuje naszą teraźniejszość. Ta łemkowska szata, choć naznaczona łatami trudnych doświadczeń, mieni się w tej powieści najpiękniejszymi barwami ludzkiej solidarności.
Sama fabuła drugiego tomu cyklu Pogranicze bawi się naszymi emocjami, rzucając nas od sielankowych, ciepłych momentów pełnych humoru i miłości, aż po chwile grozy, tajemnicze znaleziska i bolesne sekrety z przeszłości. Choć letnia aura rozgrzewa Tymianową do czerwoności, to nad mieszkańcami wciąż krążą życiowe powiertuchy, które nie pozwalają im na nudę i zmuszają do przewartościowania wielu spraw. Ta książka pulsuje życiem w każdym swoim akapicie – od filozoficznych rozważań przy tanim trunku, przez skomplikowane relacje z duchownymi, aż po bolesne tajemnice ucieczek i niewyjaśnionych losów kobiet z dawnych lat. Wszystko to tworzy spójną, magnetyczną całość, od której dosłownie nie sposób się oderwać, dopóki nie pozna się odpowiedzi na dręczące pytania.
Siedząc teraz w fotelu, czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność za to, że mogłam tam wrócić, że mogłam znowu odetchnąć pełną piersią razem z Martą i poczuć magię Beskidu Niskiego. Z całego serca cieszę się, że ten cykl będzie kontynuowany, bo rozstanie z Tymianową po raz kolejny byłoby dla mnie niezwykle bolesne i zostawiłoby w moim czytelniczym sercu ogromną pustkę. Potrzebujemy takich mądrych, ciepłych, a jednocześnie niezwykle wartościowych książek, które nie tylko bawią i wzruszają, ale też uczą nas wrażliwości na drugiego człowieka i na historię, która nas otacza. Jeżeli szukacie powieści, która otuli Was jak najcieplejszy koc, a jednocześnie zostawi w głowie mnóstwo pięknych myśli, to „Powiertucha” jest tytułem, po który musicie sięgnąć w tej letniej porze.
Niewiele jest autorek, które potrafią tak zręcznie i z taką empatią łączyć trudne tematy historyczne z lekkim, ciepłym piórem powieści obyczajowej. Natalia Przeździk udowadnia, że można pisać o rzeczach ważnych w sposób przystępny, nie tracąc przy tym ani grama z literackiej jakości. Każda strona tej powieści była dla mnie prawdziwą ucztą zmysłów – niemal słyszałam szum beskidzkich drzew i czułam niepokój towarzyszący mieszkańcom w obliczu nadchodzących zmian. To właśnie ta wszechobecna autentyczność sprawia, że „Powiertucha” na tak długo zapada w pamięć i serce.
Z niecierpliwością będę teraz wypatrywać kolejnych wieści z tego zakątka świata, odliczając dni do premiery następnego tomu, bo Tymianowa stała się moim literackim azylem. Ta książka udowadnia, że choć los potrafi z nas drwić i zsyłać na nas największe wichury, to mając wokół siebie odpowiednich ludzi, jesteśmy w stanie przetrwać każdą burzę. Gorąco polecam Wam tę podróż w Beskid Niski, bo to wyprawa, z której wraca się bogatszym o nowe przemyślenia i z sercem pełnym nadziei.
