„Powroty” – Karolina Wilczyńska

„W karetce Rafał patrzył na sufit, słyszał syrenę, czuł ból falujący w klatce piersiowej. I myślał o marzeniu. O tym, że kiedy wyjdzie z tego, jeśli wyjdzie, nie będzie już odkładał rozmów na później. Nie będzie już udawał, że niczego nie widzi, nie będzie się bał. Powie, że kocha, zanim będzie za późno. Bo sierpniowy poranek, choć wciąż pachniał latem, przyniósł im smutną, ale niepodważalną prawdę. Życie jest nieprzewidywalne i potrafi zmienić się w jednej chwili. I że jedyne, co można zrobić, to przyjąć tę zmianę.”
Są takie książki, które nie potrzebują wielkich haseł reklamowych ani krzykliwych okładek, żeby na stałe rozgościć się w sercu czytelnika. Dla mnie twórczość Karoliny Wilczyńskiej to od dawna synonim literackiego azylu, po który sięgam całkowicie w ciemno, wiedząc, że niezależnie od poruszanej tematyki, dostanę historię prawdziwą do szpiku kości. Kiedy w moje ręce wpadły „Powroty”, czyli trzeci tom serii „Zapisane w kartach”, poczułam tę znajomą ekscytację, ale i spokój, jaki towarzyszy spotkaniom ze starymi, dobrze znanymi przyjaciółmi. Autorka po raz kolejny udowodniła, że potrafi pisać o sprawach najtrudniejszych w sposób niezwykle subtelny, wręcz intymny.
Muszę przyznać, że ta opowieść pochłonęła mnie bez reszty, dokładnie tak samo jak poprzednie części cyklu, nie pozwalając na odłożenie lektury choćby na moment. Choć moje wieloletnie czytelnicze doświadczenie sprawiło, że wielu zwrotów akcji i rozwiązań fabularnych zdołałam się domyślić, zanim jeszcze zostały przelane na papier, to jednak autorka i tak zdołała mnie kilkukrotnie autentycznie zaskoczyć. Wilczyńska ma ten niesamowity dar, że nawet kiedy prowadzi nas ścieżkami, które wydają się znajome, potrafi nagle skręcić w stronę emocji, na które człowiek nigdy nie jest w pełni przygotowany.
W tej części rodzina Wardeckich zostaje wystawiona na najcięższą z możliwych prób, a koniec wakacji zamiast upragnionego spokoju przynosi im prawdziwy życiowy rollercoaster. Kiedy na Agnieszkę spada lawina nieszczęść, od nagłej choroby męża po przytłaczającą opiekę nad chorą matką, niemal fizycznie czułam ten ciężar, który zaczął ją przygniatać. Autorka genialnie, z ogromną empatią oddała stan, w którym grunt usuwa się spod nóg, a codzienność staje się wyłącznie mechaniczną walką o przetrwanie i ucieczką przed własnymi emocjami.
Niezwykle poruszający był dla mnie wątek Zosi i Elizy, które w obliczu rodzinnego dramatu z dnia na dzień musiały przejść przyspieszony kurs dorastania. Obserwowanie, jak te młode dziewczyny próbują odnaleźć się w rzeczywistości, która nagle straciła miano bezpiecznej, wywołało we mnie całą masę matczynych i po prostu ludzkich uczuć. Karolina Wilczyńska doskonale wie, jak kreślić portrety psychologiczne postaci, dzięki czemu każda z tych bohaterek staje się nam bliska, a ich ból, zagubienie czy drobne radości przeżywa się tak, jakby dotyczyły kogoś z naszych własnych bliskich.
Przeciwwagą dla tego całego życiowego sztormu staje się dom Emilii, który w tej opowieści działa na czytelnika niczym ciepły koc w chłodny, jesienny wieczór. To właśnie tam, przy kubku gorącej herbaty, bije serce tej powieści i to tam bohaterowie, a razem z nimi my, szukają ukojenia oraz odpowiedzi na pytania o to, jak posklejać rozpadający się świat. Tajemnica, którą Emilia skrywa od lat, dodaje całej historii magnetycznego magnetyzmu i sprawia, że przez fabułę dosłownie się płynie, chcąc jak najszybciej odkryć wszystkie karty.
Dla mnie ta książka to jednak coś znacznie więcej niż tylko kolejna dobrze napisana powieść obyczajowa, bo styl autorki zmusza do głębszej refleksji. Czytając „Powroty”, złapałam się na tym, że coraz mniej skupiam się na samej fabule, a coraz mocniej zanurzam się we własnych odczuciach i myślach. To jest właśnie ta magia literatury, którą cenię najbardziej – zdolność tekstu do rezonowania z prywatnymi doświadczeniami czytelnika i dotykania strun, o których istnieniu czasem w pędzie życia zapominamy.
Ta lektura stała się dla mnie doskonałym, wręcz idealnym punktem do tego, by na chwilę się zatrzymać i spojrzeć również na swoje własne życie z zupełnie nowej perspektywy. Wilczyńska w cudowny, nienachalny sposób uczy nas trudnej sztuki odpuszczania, przebaczania samemu sobie i innym oraz głębokiego rozumienia ludzkich potknięć. Pokazuje, że duma czy strach przed przyjęciem pomocy od innych bywają naszym największym więzieniem, a prawdziwa odwaga rodzi się wtedy, gdy potrafimy odsłonić swoją wrażliwość.
Zamykając tę książkę, poczułam ogromną wdzięczność za te wszystkie emocje, które we mnie wywołała, i za mądrość, która z niej płynie. To piękna, dojrzała opowieść o tym, że czasem powrót do przeszłości i zmierzenie się z jej demonami jest jedyną drogą do tego, by zacząć żyć pełną piersią i z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Gorąco polecam Wam tę podróż w głąb ludzkich serc, bo jestem pewna, że w świecie stworzonym przez autorkę odnajdziecie cząstkę samych siebie.
