„Cisza która zabija” – Emilia Szelest

„Bo często, gdy dzieci widzą jeszcze nadzieję, dorośli już wiedzą, że ostatnia iskra właśnie zgasła.”
Są takie książki, które od pierwszych stron wnikają pod skórę i nie pozwalają o sobie zapomnieć, zmuszając do refleksji nad tym, jak mało czasem wiemy o ludziach, z którymi dzielimy codzienność. Najnowsza powieść, po którą sięgnęłam, utwierdziła mnie w przekonaniu, że najgłębsze dramaty rozgrywają się często w absolutnej ciszy, tuż obok nas, za zamkniętymi drzwiami schludnych domów. Autorka z niezwykłą wrażliwością utkała historię, która boli, uwiera i nie daje spokoju, dopóki nie pozna się ostatniego słowa.
Wkraczając w świat przedstawiony w książce „Cisza, która zabija”, od razu poczułam duszny klimat małego miasteczka, gdzie teoretycznie wszyscy wszystko o sobie wiedzą. To idealne tło dla opowieści o zniknięciu Laury, młodej dziewczyny, której nieobecność staje się katalizatorem do odkrywania głęboko skrywanych tajemnic i bolesnych prawd. Zamiast jednak widowiskowego śledztwa, Emilia Szelest serwuje nam powolne, psychologiczne rozbieranie ludzkich zachowań na czynniki pierwsze, co osobiście poruszyło mnie o wiele mocniej.
Czytając tę historię, uświadomiłam sobie, jak potężną, a zarazem niszczycielską siłę ma milczenie, które potrafi ranić mocniej niż jakiekolwiek wypowiedziane słowo. Autorka w genialny sposób pokazuje, że niektóre sekrety rodzą się ze strachu, a inne z bezsilności, tworząc mur nie do przebicia. Z każdym kolejnym rozdziałem ten narastający brak odpowiedzi stawał się dla mnie niemal fizycznie odczuwalny, a cisza, o której mowa w tytule, rzeczywiście zaczęła krzyczeć najgłośniej.
To była dla mnie wyjątkowo trudna lekcja, skierowana przede wszystkim do nas, dorosłych, którzy tak często zatracają się w pędzie życia i ignorują subtelne sygnały wysyłane przez najbliższych. Powieść brutalnie uświadamia, że brak narzekań czy pozorny spokój nie zawsze oznaczają, że wszystko jest w porządku, a za fasadą normalności może kryć się niewyobrażalny ból. Czasami to, co bierzemy za dojrzałość lub zamknięcie w sobie, jest po prostu niemym błaganiem o ratunek, którego nie potrafimy w porę usłyszeć.
Równie mocno dotknął mnie wątek relacji przyjacielskich, nakreślony z ogromnym wyczuciem i psychologiczną głębią. Śledziłam losy bohaterów, którzy czuli więcej, widzieli sercem i intuicyjnie wiedzieli, że dzieje się coś złego, a jednocześnie zmagali się z potworną bezsilnością. Ta opowieść pokazuje, jak potwornie ciężko jest pomóc komuś, kto zamknął się w swoim cierpieniu i nie dopuszcza do siebie nikogo, nawet najbliższych sercu osób.
Wydawnictwo Skarpa Warszawska przyzwyczaiło mnie już do publikacji, które niosą za sobą spory ładunek emocjonalny, ale „Cisza, która zabija” podniosła poprzeczkę jeszcze wyżej. Styl autorki jest niezwykle plastyczny, a jednocześnie surowy tam, gdzie wymaga tego powaga poruszanych tematów. Nie znajdziecie tu taniego efekciarstwa, jest za to czysta, momentami wręcz obezwładniająca prawda o ludzkich słabościach i lękach, która zostaje w głowie na bardzo długo po odłożeniu tomu na półkę.
Jako wieloletnia czytelniczka rzadko daję się w pełni zaskoczyć, ale ta pozycja zmusiła mnie do zatrzymania się i przewartościowania kilku spraw w moim własnym postrzeganiu otoczenia. To nie jest lekka lektura na jeden wieczór, którą odkłada się z uśmiechem na twarzy, lecz głębokie studium ludzkiej samotności w tłumie. Zmusza do zadania sobie niewygodnych pytań o to, jak sami zachowalibyśmy się w obliczu tak gęstniejącej atmosfery i narastających niedomówień.
Z całego serca polecam tę poruszającą pozycję każdemu, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż tylko prostej rozrywki i ucieczki od rzeczywistości. To książka-lustro, w którym warto się przejrzeć, by stać się bardziej uważnym na drugiego człowieka i na to, co próbuje nam przekazać bez użycia słów. Dla mnie była to jedna z najbardziej przejmujących i wartościowych lektur tego roku, o której z pewnością będę pamiętać jeszcze przez bardzo długi czas.
