„Pokój z widokiem na kozę” – Wiktoria Podleśna

„Maja zdjęła fartuch i powiesiła go na oparciu krzesła. Prawda była taka, że czekała na ten obchód od południa. Od chwili, kiedy Aleksander Wolski wszedł na jej podwórko z teczką, butami za drogimi, na błoto i spojrzeniem człowieka, który widzi za dużo. Pani Irenka patrzyła na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto odziedziczył nie tylko dom, ale i upór razem z futrynami. Malina też tak robiła, mruknęła. Maja odwróciła się przy drzwiach. Co robiła? Udawała, że idzie. Tylko sprawdzić zasuwki, a tak naprawdę szła sprawdzić, czy jeszcze pamięta, po co to wszystko trzyma. Kozy ją doprowadzały do szału, osiołki uczyły cierpliwości, a ludzie, ludziom nie ufała bardziej niż indykowi z ambicjami. Ale jak widziała dziecko, które pierwszy raz przestaje się bać zwierzęcia, to miękła. Wtedy miękła strasznie.”
Czasami trafiam na książki, które działają jak ciepły, flanelowy koc w chłodny wieczór albo – patrząc na obecną aurę – jak mrożona kawa w leniwe, lipcowe popołudnie. Dokładnie tak poczułam się podczas lektury powieści „Pokój z widokiem na kozę”. Wiktoria Podleśna zaprosiła mnie do świata, z którego wcale nie miałam ochoty wracać, i choć początkowo nastawiałam się na lekką komedię romantyczną, otrzymałam coś znacznie głębszego, co niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczyło.
Cała historia kręci się wokół Mai Borkowskiej, która po ukochanej babci dziedziczy mazurskie siedlisko. Nie jest to jednak luksusowy agropensjonat z folderów reklamowych, ale miejsce, w którym właściwie nic nie działa tak, jak powinno, za to absolutnie wszystko ma tam swoje wielkie serce. Sama Maja to bohaterka, którą polubiłam od pierwszych stron – jest potwornie zmęczona, momentami bezradna, ale przy tym niesamowicie uparta i zdeterminowana, by ocalić ten kawałek ziemi pełen wspomnień.
Z drugiej strony barykady staje Aleksander Wolski, klasyczny facet z korporacyjnego świata, gdzie wszystko musi się zgadzać w arkuszu kalkulacyjnym. Przyjeżdża na Mazury z konkretnym, chłodnym planem: kupić ziemię, zamknąć temat i zapomnieć o sprawie. Kompletnie nie przewidział jednak, że na jego drodze stanie nie tylko dumna właścicielka, ale też cała menażeria, z kozą z charakterem i psem kradnącym skarpetki na czele.
Ta dwójka to prawdziwy wulkan energii i od samego początku między nimi iskrzy, a złośliwe wymiany zdań i słowne przepychanki śledziłam z ogromnym uśmiechem na twarzy. Autorka w genialny sposób pokazała tę dynamikę – od jawnej niechęci, przez wymuszoną sytuacją pomoc, aż po rodzące się powoli uczucie. Najbardziej urzekło mnie jednak to, jak subtelnie autorka rozegrała dylemat Mai, która musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zaufać komuś, kto pierwotnie przyjechał po to, by odebrać jej dom.
Choć książka jest lekka, przyjemna i momentami naprawdę bardzo śmieszna, to ostatecznie zaklasyfikowałabym ją jednak jako dojrzałą powieść obyczajową z wątkiem romantycznym, a nie czystą komedię. Pod tą zabawną, wiejską warstwą kryją się bowiem bardzo życiowe i trudne tematy. Autorka z dużą empatią pokazuje, skąd biorą się nasze codzienne zachowania, lęki czy mury, którymi się otaczamy, oraz jak możemy z tymi własnymi demonami walczyć i próbować je oswoić.
Ogromnym atutem tej powieści jest dla mnie drugoplanowe tło społeczne, a zwłaszcza postać pani Irenki, która o ludzkiej naturze wie więcej, niż sami zainteresowani chcieliby przyznać. Wiktoria Podleśna przepięknie odmalowała tutaj siłę współpracy sąsiedzkiej i bezinteresownej pomocy. W dzisiejszych, tak bardzo zindywidualizowanych czasach, ten motyw tworzenia rodziny z wyboru i wzajemnego wsparcia wydał mi się niezwykle ważny i po prostu potrzebny.
No i oczywiście nie skłamałabym, gdybym nie wspomniała o moich absolutnych faworytach tej opowieści, czyli o zwierzakach, które momentalnie stały się moimi idolami. Kozy z niezłomnym charakterem, osiołki leczące ciszą i kaczki posiadające ambicje co najmniej zarządu wielkiej firmy kradną każdą scenę, w której się pojawiają. To właśnie ta zwariowana ferajna nadaje całości niepowtarzalnego, sielskiego, choć momentami burzliwego klimatu.
„Pokój z widokiem na kozę” to idealny wybór na letni dzień, który zostawi Was z poczuciem ciepła w sercu i tęsknotą za mazurską wsią. To mądra opowieść o drugich szansach, o tym, że czasami warto odpuścić kontrolę, i o miejscach, które potrafią przywiązać do siebie mocniej niż najpiękniejsza obietnica. Jeżeli szukacie czegoś, co Was rozbawi, ale też skłoni do drobnych refleksji nad tym, co w życiu naprawdę warto ocalić, to ta historia będzie strzałem w dziesiątkę.
