„Bezprawie” – Remigiusz Mróz

„Trzeba się wystrzegać metafor, bo zatykają rury rozumienia.”
Kiedy sięgałam po jubileuszowy, dwudziesty tom serii o najsłynniejszej polskiej prawniczce, wiedziałam, że Remigiusz Mróz w książce „Bezprawie” znowu postawi wszystko na jedną kartę. Z tą serią mam już tak od lat – czytam właściwie tylko dwa cykle autora i choć momentami bywa powtarzalny, to za każdym razem daję się porwać temu charakterystycznemu, szalonemu rytmowi. Tym razem powrót do świata warszawskiej palestry jest wyjątkowo intensywny, bo i stawka od pierwszych stron wydaje się wyższa niż zwykle.
Stylem tej powieści od samego początku rządzi bezkompromisowa dynamiczność, do której zdążyłyśmy się już przyzwyczaić, ale w tej części jest ona wyjątkowo wyostrzona. Mróz pisze niesamowicie krótkimi, wręcz pistoletowymi zdaniami, co sprawia, że przez kolejne rozdziały po prostu się przepływa. Nie ma tu miejsca na rozbudowane, poetyckie opisy czy zbędne ozdobniki – warsztat autora opiera się przede wszystkim na ciętym, mocnym słowie i precyzyjnie dawkowanym napięciu.
To, co najbardziej przykuwa uwagę w warstwie językowej, to jak zwykle dialogi. Są niesamowicie żywe, pełne ironii, sarkazmu i specyficznego humoru, który tak bardzo kojarzy się z samą bohaterką. Słowne utarczki między postaciami brzmią niemal jak gotowy scenariusz filmowy – riposty padają błyskawicznie, a napięcie między rozmówcami jest wyczuwalne w każdym wykrzykniku i pauzie. To właśnie ta lekkość w kreowaniu błyskotliwych wymian zdań sprawia, że nawet trudne i mroczne wątki czyta się z ogromną przyjemnością.
Autor bardzo sprawnie operuje strukturą powieści, stosując zawrotne tempo akcji i klasyczne, ale wciąż niezwykle skuteczne zawieszenia akcji na końcach rozdziałów. Taka konstrukcja narracji dosłownie wymusza przewracanie kolejnych stron i obietnicę „jeszcze tylko jednego rozdziału”. Choć mechanizm ten jest doskonale znany fanom cyklu, to wciąż działa bezbłędnie i nie pozwala na ani chwilę oddechu czy znużenia.
Warto też zwrócić uwagę na sposób, w jaki piosenkarskie i prawnicze metafory przeplatają się tu z brutalną rzeczywistością. Język powieści bywa surowy, miejscami wręcz wulgarny i oszczędny, ale idealnie oddaje duszny, korporacyjno-sądowy klimat, w którym granica między prawem a tytułowym bezprawiem zaciera się z każdą kolejną stroną. Mróz ma niezwykły dar do tworzenia atmosfery ciągłego wyścigu z czasem, co w tej konkretnej odsłonie widać wyjątkowo wyraźnie.
Sama konstrukcja fabularna jest gęsta i wielotorowa, bo z jednej strony dostajemy sprawę funkcjonariusza, który szuka pomocy w znanej kancelarii, a z drugiej głęboko osobisty, wręcz desperacki wątek rodzinny. Podoba mi się, jak te dwie płaszczyzny ze sobą rezonują – z zewnątrz dostajemy chłodną kalkulację i walkę z przepisami, a od wewnątrz ogromne, wręcz niszczycielskie emocje. To zderzenie bezdusznego systemu z determinacją jednostki tworzy niesamowitą mieszankę.
Cieszę się, że to wciąż nie jest koniec tej historii, bo widać, że autor wciąż ma niespożytą energię do komplikowania życia swoim bohaterom. Choć to już dwudzieste spotkanie z tymi postaciami, wciąż potrafią zaskoczyć swoim postępowaniem i sprawić, że serce bije szybciej. To była świetna, angażująca lektura, która przypomniała mi, za co właściwie od tylu lat trzymam kciuki za tę serię.
Jeśli szukacie książki, która wciągnie Was bez reszty od pierwszego zdania i nie wypuści aż do ostatniej kropki, to ten tom z pewnością spełni Wasze oczekiwania. Styl Mroza – lekki, dynamiczny i pełen charakteru – jak zwykle robi swoją robotę i sprawia, że o lekturze myśli się jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę.
Grafika wygenerowana perz AI
