„Klejnoty szwagra” – Marek Stelar

„Misiek stwierdził w duchu, że na całe szczęście. Gdyby imiona miał nadać Szwagier samodzielnie, nie dałoby się ich zapisać w żadnym znanym alfabecie. Wymówić pewnie też nie.”
Uwielbiam książki Marka Stelara. Ten człowiek ma nie tylko pióro ostre jak brzytwa, ale i poczucie humoru, które potrafi rozbroić nawet najbardziej ponury dzień. Kiedy wpadły mi w ręce „Klejnoty szwagra”, wiedziałam, że szykuje się jazda bez trzymanki – i, jak zwykle, Stelar nie zawiódł. Misiek i Szwagier wrócili w wielkim stylu, a ja przez połowę lektury parskałam jak czajnik, który nie może się zdecydować, czy już gwizdać, czy jeszcze nie.
Stelar ma ten dar, że potrafi połączyć kryminał z czystą farsą, nie gubiąc przy tym ani wątku, ani czytelnika (chociaż bohaterowie gubią się za nas wszystkich). Misiek – wiecznie zrezygnowany, a jednak wciągnięty po uszy w każdy chaos, jaki Szwagier wymyśli – jest jak ostoja rozsądku, która za chwilę sama się zawali. A Szwagier… cóż, on jest jak tornado w ludzkiej skórze, tylko że tornado ma więcej samokontroli.
Sytuacje, w które wpadają, są tak absurdalne, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze fikcja, czy może gdzieś w Polsce naprawdę istnieje taki duet, który przypadkiem potrafi rozwiązać zagadkę kryminalną między jednym a drugim browarem. Akcja praktycznie cała toczy się w pociągu, co tylko potęguje komizm – bo zamknąć Szwagra w ograniczonej przestrzeni to jak wrzucić petardę do termosu. Sceny dialogowe iskrzą humorem, a napięcie miesza się z absurdem w idealnych proporcjach.
W „Klejnotach szwagra” nie ma miejsca na nudę. Akcja pędzi jak rozgrzany ekspres, a dialogi iskrzą się błyskotliwością i absurdem. Stelar doskonale zna swoich bohaterów – wie, kiedy pozwolić im się wygłupić, a kiedy wtrącić jedno zdanie, które nagle czyni z farsy coś zaskakująco ludzkiego. Bo choć wszystko dzieje się w atmosferze totalnego zamieszania, gdzieś w tle widać ciepło, przyjaźń i to, że nawet największy bałagan ma sens, jeśli robi się go razem.
To, co najbardziej kocham u Stelara, to umiejętność utrzymania równowagi między humorem a sercem. Śmieję się do łez, ale przy okazji czuję, że to nie jest tylko komedia dla śmiechu. To też opowieść o relacjach, o rodzinie, o tym, że życie potrafi zaskoczyć – i to najczęściej wtedy, kiedy próbujesz zaplanować coś spokojnego. A że planowanie i Szwagier to pojęcia z różnych galaktyk, łatwo się domyślić, jak to się kończy.
Marek Stelar obiecuje, że tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem. I jak zwykle – kłamie w żywe oczy. Ale właśnie za to go kocham. Bo nikt tak pięknie nie łamie obietnic literackich jak on. Gdy tylko wydaje się, że bohaterowie mają sytuację pod kontrolą, następuje coś, co można określić tylko jednym słowem: „szwagrowe”. I wtedy człowiek już wie, że sen z głowy, a brzuch od śmiechu będzie bolał do rana.
Czy to najlepsza część serii? Nie wiem. Ale na pewno najbardziej dopracowana pod względem tempa i humoru. Stelar bawi się konwencją kryminału jak dziecko nowym zestawem klocków LEGO – buduje, burzy i znowu buduje, tylko po to, by na końcu rzucić wszystko w powietrze i pozwolić, by spadło w idealny chaos.
„Klejnoty szwagra” to książka, którą się nie czyta – ją się przeżywa. Śmiech, lekkie niedowierzanie, wzruszenie i odrobina szalonej nostalgii – wszystko tu jest. I jak tylko zamknęłam ostatnią stronę, od razu zaczęłam tęsknić za Misiem i Szwagrem. Mam nadzieję, że Marek Stelar już coś knuje, bo ja chcę więcej tego chaosu. Więcej śmiechu. Więcej szwagra.
