„Na łasce wroga” – Weronika Ilska

„Każdy miał swoje sekrety w czasie wojny i prawie każdy robił z nas rzeczy, z których niekoniecznie musi być dumny.”
Są takie książki, po których odłożeniu człowiek siedzi w zupełnej ciszy, bojąc się głośniej odetchnąć, i właśnie takie bezlitosne emocjonalne spustoszenie zasiała we mnie Weronika Ilska w swojej najnowszej powieści „Na łasce wroga”. Serce bije mi jeszcze jak oszalałe, dłonie mimowolnie zaciskają się na okładce, a w gardle wciąż tkwi dławiąca gula, której nie potrafię przełknąć, bo ta historia nie po prostu dotyka – ona bezczelnie rozrywa na strzępy cały wypracowany przez lata czytelniczy pancerz.
Pióro autorki ma w sobie coś tak obezwładniającego i magnetycznego, że od pierwszych zdań przestałam być tylko obserwatorem, a stałam się niemym więźniem tej dusznej opowieści. Styl Weroniki Ilskiej uderza niesamowitą, chłodną precyzją, która nie potrzebuje tanich melodramatycznych chwytów ani egzaltacji, by doprowadzić człowieka na skraj rozpaczy; każde słowo zostało tu wyważone z niemal jubilerską dokładnością, a w tej pozornej powściągliwości kryje się ładunek o potwornej sile rażenia.
Zachwyca mnie, z jaką maestrią pisarka żongluje dynamiką zdań, płynnie przechodząc od krótkich, urywanych fraz imitujących paniczny oddech zaszczutego człowieka, do hipnotyzujących, gęstych opisów, które dosłownie oblepiają zmysły. Nie ma w tej prozie ani jednego zbędnego przecinka czy pustego ozdobnika, dzięki czemu tekst czyta się z nieustannie zaciśniętym gardłem, zachłannie chłonąc każdą kolejną linijkę w obawie przed tym, co przyniesie następny akapit.
Zderzenie dwóch planów czasowych w wykonaniu autorki to absolutny majstersztyk literacki, który sprawił, że wielokrotnie miałam na rękach autentyczne ciarki. Płynność, z jaką autorka przeskakuje między koszmarem wojennej pożogi a paraliżującym terrorem lat pięćdziesiątych, jest porażająco naturalna, a tempo tej narracji ani na moment nie zwalnia, tworząc dławiący klimat osaczenia, z którego nie sposób uciec.
To, jak zmysłowo i sugestywnie autorka buduje scenerię, wywoływało we mnie fizyczny dreszcz niepokoju – czułam na własnej skórze chłód wilgotnych murów, lepki strach przed skrzypnięciem podłogi i wszechobecny, paranoiczny cień donosów. Weronika Ilska nie relacjonuje minionej epoki jak suchy kronikarz, lecz maluje ją barwami tak surowymi i sugestywnymi, że stalinowski Lublin niemal materializuje się w pokoju, dławiąc w płucach resztki powietrza.
Konstrukcja dialogów w tej książce to po prostu czysta poezja podszyta grozą, gdzie najgłośniejszy krzyk rozgrywa się w tym, co zostało przemilczane. Każda rozmowa, każde urwane w pół słowa spojrzenie wibruje tak potężnym napięciem, że podczas lektury wielokrotnie łapałam się na bezwiednym wstrzymywaniu oddechu, porażona autentycznością i ciężarem gatunkowym tych nieludzkich realiów.
Psychologia postaci została nakreślona z bezwzględną wnikliwością, bez grama fałszu czy sztucznych, papierowych uproszczeń, co sprawiło, że ból, dylematy i szaleńcza odwaga bohaterki bolały mnie niemal fizycznie. Autorka bezlitośnie obnaża najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy, zmuszając do konfrontacji z wyborami ostatecznymi, przez co podczas czytania targały mną tak skrajne emocje – od obezwładniającego współczucia, po bezbrzeżny podziw dla determinacji w walce o pamięć i ocalenie człowieczeństwa.
Rzadko kiedy trafia się na literaturę, która z taką elegancją łączy w sobie wybitny warsztat językowy z tak obezwładniającą dawką czystego, niezafałszowanego bólu i prawdy. „Na łasce wroga” to powieść, która zostawia w duszy trwałe blizny, hipnotyzuje kunsztem i nie pozwala o sobie zapomnieć, wbijając się w pamięć z siłą huraganu – jestem nią doszczętnie rozbita, absolutnie zachwycona i wiem, że te emocje będą we mnie rezonować jeszcze przez bardzo długie tygodnie.
Grafika wygenerowana przez AI
