„Glass hearts” – A. K. Lewenhaupt

„Przed majestatem śmierci nawet nieustraszony wojownik pochyla głowę.”
„Glass hearts” to historia, co do której mam wyjątkowo mieszane uczucia i choć zazwyczaj staram się dostrzegać piękno w każdej opowieści, tym razem muszę być z Wami brutalnie szczera. Początek tej książki był dla mnie wręcz nużący i na tyle przewidywalny, że kilkukrotnie biłam się z myślami, czy po prostu jej nie odłożyć na półkę. Jak jednak dobrze wiecie, zawsze staram się dawać szansę każdej pozycji, wierząc, że gdzieś dalej czeka na mnie to „coś”, co odmieni moją ocenę i pozwoli zaangażować się w losy bohaterów.
Choć z czasem fabuła nieco się rozkręciła, a historia Lilian i tajemniczego mężczyzny nabrała tempa, to wciąż towarzyszyło mi poczucie niedosytu. Nowojorska akademia muzyczna i brutalny świat boksu to teoretycznie świetne tło, jednak w tym przypadku potencjał nie został w pełni wykorzystany. Miałam wrażenie, że emocje, które powinny mną targać, były tłumione przez sposób prowadzenia narracji, który nie do końca do mnie trafił i nie pozwolił mi w pełni uwierzyć w tę historię.
Największym problemem okazał się dla mnie język, jakim posługuje się A. K. Lewenhaupt – odniosłam wrażenie, że jest on zwyczajnie nijaki i kompletnie nie pasuje do klimatu, jaki autorka starała się wykreować. W literaturze, szczególnie tej opierającej się na silnych kontrastach między subtelnością muzyki a surowością sportu, warsztat słowny gra kluczową rolę, a tutaj po prostu mi go zabrakło. Czytając kolejne strony, czułam pewien dystans, którego nie udało mi się przełamać aż do samego końca lektury.
Rzadko sięgam po literaturę zagraniczną, więc każda taka wyprawa jest dla mnie ważnym wydarzeniem, tym bardziej boli mnie fakt, że „Glass hearts” stało się dla mnie sporym rozczarowaniem. Liczyłam na emocjonalny rollercoaster, a otrzymałam opowieść, przez którą musiałam się momentami przebijać z trudem. Nawet wątek brata bohaterki, legendarnego boksera, nie uratował w moich oczach całości na tyle, bym mogła z czystym sumieniem wystawić tej książce wysoką notę.
Mimo że fabuła w drugiej połowie stała się nieco ciekawsza, a tajemnice zaczęły wychodzić na jaw, to niesmak po słabym początku i bezbarwnym języku pozostał. Trudno jest mi polubić historię, która od pierwszej strony nie potrafi mnie zaintrygować, a wręcz zmusza do walki o dokończenie rozdziału. To jedno z tych czytelniczych doświadczeń, które uczą nas, że nie każda głośna premiera musi rezonować z naszą wrażliwością.
Zastanawiam się teraz poważnie, czy w przyszłości dam jeszcze szansę tej autorce, bo po tej lekturze nie jestem co do tego przekonana. Czasami po prostu brakuje tej chemii między czytelnikiem a piórem pisarza i czuję, że to był właśnie ten przypadek. Oczywiście, to tylko moja subiektywna opinia i być może ktoś z Was odnajdzie w tej książce coś, czego ja nie dostrzegłam, bo każdy z nas szuka w literaturze innych emocji.
Nie skreślam tej pozycji całkowicie, bo wiem, że gusta są różne i to, co dla mnie jest nużące, dla kogoś innego może być idealną lekturą na wieczór. Niemniej jednak, jeśli szukacie czegoś, co porwie Was od pierwszej strony i zachwyci bogactwem języka, tutaj możecie poczuć podobny zawód jak ja. „Glass hearts” pozostanie w mojej pamięci jako książka z niewykorzystanym potencjałem, która mimo dobrych chęci, nie zdołała mnie do siebie przekonać.
Podsumowując, była to dla mnie trudna przeprawa i choć dotrwałam do finału, nie czuję tej satysfakcji, której zawsze szukam w książkach. Jeśli jednak lubicie historie o trudnej miłości w cieniu sportowych walk i nie przeszkadza Wam wolniejsze tempo akcji na starcie, możecie spróbować sami zmierzyć się z tą opowieścią. Ja tymczasem wracam do poszukiwań czegoś, co bardziej trafi w moje serce i literackie oczekiwania.
