„Dom przy starym młynie” – Małgorzata Lis

„Wszystko się kiedyś kończy. I dobre rzeczy, i te złe. Zobaczysz, już niedługo Niemcy sobie pójdą i zostawią nas w spokoju”.
Kiedy biorę do ręki książkę opartą na faktach, zawsze towarzyszy mi pewien rodzaj drżenia, taka specyficzna uważność na każde słowo, bo przecież pod literacką fikcją pulsuje tam prawdziwe życie. „Dom przy starym młynie” Małgorzaty Lis okazał się dla mnie taką właśnie podróżą, która nie pozwala o sobie zapomnieć zaraz po odłożeniu tomu na półkę. Autorka z niezwykłą delikatnością, a zarazem bolesną szczerością, kreśli obraz świata, który zniknął pod gruzami historii, choć wciąż żyje w pamięci pokoleń.
Zaczynamy tę opowieść w sielskim niemal nastroju, na skraju Zwolenia, gdzie życie rodzin Mikulskich i Derlatków wyznacza rytm natury, szum wody przy starym młynie i zapach miodu z przydomowych uli. Halinka, mała dziewczynka pełna marzeń, staje się naszą przewodniczką po świecie, w którym Polacy i Żydzi żyli obok siebie w kruchej, ale działającej symbiozie. To niesamowite, jak Małgorzata Lis potrafi oddać tę gęstą atmosferę oczekiwania i spokoju, który ma zostać brutalnie przerwany przez huk niemieckiej bomby wpadającej do stawu na Rygułcie.
Wojna w tej powieści nie jest tylko wielką polityką, ale przede wszystkim dramatem codzienności, który zmusza dzieci do zbyt szybkiego dorastania. Patrzyłam na losy Halinki i jej bliskich z rosnącym ściskiem w gardle, obserwując, jak lęk o jutro staje się ich nieodłącznym towarzyszem, a okrucieństwo okupanta miesza się z późniejszą bezwzględnością nowej, komunistycznej władzy. To, co uderzyło mnie najbardziej, to autentyczność tych emocji – brak tu patosu, jest za to surowa prawda o przetrwaniu i trudnych wyborach, które nie mają dobrych rozwiązań.
Równolegle autorka prowadzi nas przez współczesność, gdzie poznajemy Weronikę, kobietę na życiowym zakręcie, która w poszukiwaniu własnych korzeni przyjeżdża do Zwolenia. Ta współczesna nitka opowieści jest niezwykle ważna, bo pokazuje, jak głęboko przeszłość potrafi w nas zapuścić korzenie, nawet jeśli o niej nie wiemy. Weronika jest mi bliska w swojej wrażliwości i potrzebie zrozumienia tego, co ukształtowało jej przodków, a tym samym ją samą.
Wątek relacji Weroniki z Hubertem dodał tej historii ciekawego, współczesnego smaczku, pokazując, jak różnice w światopoglądzie czy podejściu do patriotyzmu mogą budować mury między ludźmi. Ich wspólne odkrywanie tajemnic babci Haliny staje się mostem, który powoli niweluje te podziały, udowadniając, że wspólna historia ma moc jednoczenia. To subtelna opowieść o rodzącym się uczuciu, które musi zmierzyć się z cieniami przeszłości i własnymi uprzedzeniami.
Muszę przyznać, że mimo iż powieść czyta się dość szybko dzięki lekkiemu pióru autorki, wielokrotnie robiłam sobie wymuszone przerwy. Potrzebowałam czasu, by przemyśleć pewne kwestie, by wybrzmiały we mnie te wszystkie trudne momenty, przez które przechodzili bohaterowie. To nie jest lektura „na raz” do herbaty, to książka, która wymaga od nas emocjonalnego zaangażowania i szacunku dla cierpienia, które stało się udziałem realnych osób – w końcu historia ta dotyczy rodziny męża samej autorki.
„Dom przy starym młynie” utwierdził mnie w przekonaniu, że Małgorzata Lis ma niezwykły dar opowiadania o rzeczach trudnych w sposób piękny i przejmujący. Pokazuje nam, że nie da się zrobić pewnego kroku w przyszłość, dopóki nie rozliczymy się z tym, co wydarzyło się dawno temu, dopóki nie zrozumiemy milczenia naszych babć i dziadków. To lekcja pokory wobec losu i piękna pochwała rodzinnych więzi, które są w stanie przetrwać najgorsze zawieruchy.
Polecam tę książkę z całego serca każdemu, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż tylko rozrywki. To powieść do głębi prawdziwa, dotykająca tego, co w ludzkich sercach ponadczasowe: potrzeby miłości, prawdy i przynależności. Zresztą, jak każda książka tej autorki, zostawia w czytelniku trwały ślad i każe spojrzeć na własne drzewo genealogiczne z zupełnie nową czułością i ciekawością.
