„Czoran” – Mateusz Kossakowski

„Było wszystko to, co powinno przynieść ulgę. A jednak ulga nigdy nie przychodzi czysta. Zawsze niesie z sobą obraz tego, co mogło się wydarzyć.”
Nieczęsto zapuszczam się w rejony, gdzie mrok nie jest tylko tłem, ale żywym, pulsującym organizmem. Kiedy jednak Mateusz Kossakowski poprosił mnie o sięgnięcie po „Czorana”, poczułam, że to moment na bezwzględne opuszczenie strefy czytelniczego komfortu. Zaryzykowałam, zrobiłam krok w tę lodowatą otchłań i przepadłam bez reszty. Zostałam dosłownie wciągnięta w wir narracji, która nie bierze jeńców, nie daje chwili na złapanie tchu i od pierwszej strony zaciska palce na gardle.
Od przeczytania ostatniej strony minęło już kilka dni, a ja wciąż noszę tę historię pod skórą. To nie jest zwykłe wspomnienie lektury, ale paraliżujący, fizyczny wręcz niepokój, który budzi w środku nocy i każe nasłuchiwać każdego skrzypnięcia podłogi czy szmeru za ścianą. W głowie natrętnie krąży jedno, obsesyjne pytanie: czy to, o czym przeczytałam, naprawdę mogło być wyłącznie literacką fikcją, czy może odbiciem czegoś, co czai się tuż obok nas, w szczelinach rzeczywistości?
To, co autor wyprawia ze słowem, to czyste mistrzostwo operowania grozą. Kossakowski nie bawi się w tanie efekty, wyskakujące zza rogu potwory czy ograne schematy z horrorów klasy B. Jego styl jest niesamowicie plastyczny, gęsty, wręcz duszny, a przy tym porażająco precyzyjny. Każde zdanie zdaje się być wycięte skalpelem, a atmosfera chłodu i wszechobecnego wygaszania wdziera się w zmysły z bezwzględną siłą. To proza, która pachnie mrozem, wilgocią, krwią i stęchłym kurzem zapomnianych korytarzy.
Niezwykła surowość języka idzie tu w parze z potężnym, bezbronnym ładunkiem emocjonalnym. Autor buduje napięcie nie przez krzyk, ale przez ciszę, urywane gesty, spojrzenia i to obezwładniające poczucie powolnego zacierania się granic. Konstrukcja zdań działa niemal hipnotyzująco — krótkie, rwane frazy przeplatają się z ciężkimi, pełnymi niepokoju opisami, które sprawiają, że czytelnik czuje się osaczony, niemal zamknięty w pułapce bez wyjścia.
W tej książce groza nie ma oblicza bestii; ma formę nieubłaganego porządku, zimnego urzędu i nieodwracalnego wymazywania tego, co najcenniejsze. Styl pisarza sprawia, że najprostsze, codzienne przedmioty — kubek po herbacie, skrawek dziecięcej koszulki czy stary kapsel — stają się nośnikami rozdzierającej serce symboliki i jedynymi bastionami człowieczeństwa. To właśnie w tej warstwie językowej kryje się największy pazur „Czorana”: w zderzeniu lodowatej, bezdusznej procedury z gorącym, instynktownym krzykiem miłości i pamięci.
Rytm tej opowieści jest bezlitosny i nie pozwala na choćby odrobinę dystansu. Kossakowski tak operuje dynamiką i zmysłowością scen, że fizycznie odczuwa się ból bohaterów, ich zmęczenie, bezradność, a jednocześnie ten zwierzęcy, desperacki upór w walce o ocalenie najmniejszej cząstki więzi. Ta książka nie daje wytchnienia, nie pozwala na komfortowe odłożenie na półkę — ona hipnotyzuje i zmusza do przewracania kolejnych stron ze ściśniętym żołądkiem
Rzadko trafia się na literaturę tak bezkompromisową, która potrafi tak głęboko wbić się w psychikę i zostawić po sobie bolesny, trwały ślad. To lektura absolutnie magnetyczna, wymykająca się łatwym klasyfikacjom, będąca jednocześnie studium pierwotnego lęku, jak i najczystszej, matczynej osłony. Styl autora ma w sobie coś z mrocznego transu, z którego po prostu nie da się otrząsnąć przez długie dni.
Jeśli szukacie historii ugładzonej i bezpiecznej, omijajcie tę pozycję z daleka. Ale jeśli macie naprawdę mocne nerwy, kochacie obezwładniający dreszcz niewiadomej, a nutka bezwzględnej grozy jest tym, co napędza Wasze czytelnicze serca — musicie wejść w ten świat. „Czoran” to przeżycie totalne, które przetestuje Waszą odporność psychiczną i zostanie z Wami na długo po tym, jak zamkniecie tylną okładkę.
